Nov 23, 2014

DOŚĆ KIEPSKA SZTUKA, CZYLI KRYTYKA TEATRALNA WG. A.A.MILNE'GO




W jednym z moich ulubionych blogów literackich, Stuck in a book http://stuck-in-a-book.blogspot.com pojawił się dziś wpis, który przypomniał mi, ile radości, sprawił mi kiedyś wstęp do “Trzech sztuk” A.A.Milne’go, w którym Milne (nota bene autor bardzo wielu utworów dramatycznych wystawianych, na ogół z sukcesem, na scenach londyńskich) odnosi się do krytyki teatralnej. Fragmentem tego wstępu jest  recenzja, napisana przez Milne’go z pierwszego (pono) wystawienia sztuki nikomu jak dotąd nieznanego autora... Wiliama Szekspira pt. “Hamlet”… Rzecz jest naprawdę zabawna i pozwoliłam sobie ją przetłumaczyć:

“Pan William Szekspir, którego napisany w najlepszych intencjach dramat kostiumowy, pt. “Hamlet” został po raz pierwszy wystawiony w Londynie w zeszłym tygodniu, nie jest nam znany. Rozumiemy jednak, a przynajmniej  tak zostaliśmy zapewnienie przez kierownictwo teatru, że cieszy się on pewną lokalną sławą w hrabstwie Warwickshire jako autor sonetów. Ale dlaczego ktoś, kto para się tworzeniem pełnych wdzięku drobnych utworów poetyckich, zapałał nagle ambicją, a co więcej - wyobraził sobie, że potrafi podołać stworzeniu dramatu scenicznego, który przez trzy godziny ma utrzyma uwagę publiczności w Londynie, nie jesteśmy w stanie pojąć. Zabić siedem (lub może było ich osiem?) głównych postaci w sztuce, nie znaczy jeszcze napisać tragedię. Wielkość dramatopisarza nie polega na tym, by zalać nasze dusze mieszaniną współczucia i przerażenia. Pan Szekspir, tak jak wielu innych młodych pisarzy, myli przemoc z siłą wyrazu, a w swoich niefortunnych lżejszych “kawałkach” - bufonadę z humorem. Jedyną prawdziwa tragedią wczorajszego wieczora było to, że pisarz tak bardzo może nie znać ograniczeń swojego talentu i tak niewłaściwie go wykorzystywać.

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że pan Szekspir talent posiada. Jest nim przyjemna lekkość pióra. Co chwila jakiś zgrabny wers przyciąga ucho, jak wtedy, gdy Poloniusz (dobrze zagrany przez pana Macready'ego Jonesa) ostrzega syna, że “ten, kto pożycza, przyjaciół traci", lub gdy sam Hamlet odnosi się do śmierci jako "odrzucania śmiertelnego trudu”. Ale kilka zgrabnych linijek nie czyni jeszcze sztuki. Potrzebujemy czegoś więcej. Nasze zainteresowanie musi być podtrzymywane przez cały czas; i to nie przez takie nadużywane triki sceniczne, jak pojawienie się upiornych zjaw, które budzą strach tylko w sercach kolegów-aktorów; nie niby-to-zabawne błazeństwa przy grobie; ale przez wewnętrzny rozwój postaci. Tymczasem postaci stworzone przez pana Szekspira są tylko ustnikami do wypowiadania jego zgrabnych powiedzonek. Możemy wybaczyć Księciu Danii solowy popis werbalny białym wierszem długości pięćdziesięciu linii, uznając, że ten sposób wypowiadania się przystoi godności królewskiej; ale co mamy powiedzieć o kapitanie piechoty, który kończy przerwane przez kogoś zdanie dokładnie taką liczbą sylab, jaka jest niezbędna do stworzenia jambu? Czy takie postaci w czymkolwiek przypominają żywych ludzi? Rzeczywiście, cała sztuka sprawia wrażenie, jakby została napisana na zlecenie kierownika teatru,  jako sposób na zaprezentowania wszystkich  “środków wyrazu”, którymi jego teatr może się popisać. Monologi (nieskrępowane obecnością rywali) dla popularnej gwiazdy, scena szaleństwa dla odtwórczyni głównej roli kobiecej (ubranej w kolorze białym), duch dla elektryka, pojedynek na szable dla wyszkolonych w Akademii szermierzy, niema scena dla szeregowych miłośników kinematografu - nasz autor przygotował coś dla nich wszystkich. Nie ulega wątpliwości, że można dzięki temu zarobić, a człowiek z czegoś żyć musi. Ale szczerze mówiąc wolę pana Szekspira jako autora sonetów.”




Nov 17, 2014

AŻ ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY



Uprzedzam z góry - temat z lekka upiorny, czy - jak byśmy to po angielsku powiedzieli - creepy.
Ale odkąd zobaczyłam wczoraj te zdjęcia, nie mogę wygnać ich z głowy. W związku z moim zamiłowaniem do XIX-wiecznej literatury myślę, że sporo wiem o obyczajach ludzi epoki wiktoriańskiej. Jednak nigdy dotąd nie słyszałam o tej praktyce, w żadnej z książek, które czytam, nie było o niej mowy, a ponoć była bardzo popularna. Nie wiem, czemu żaden z moich ulubionych pisarzy nie wspomniał o tym. 

Chodzi o robienie fotografii pośmiertnych. Słyszałam o Post-Mortem Photographs oczywiście, ale nie w tej wersji, z którą się teraz zetknęłam. Chodzi o to, że umarłych ustawiano w takich pozach, by… wyglądali na żywych. Umarli “pozują” na stojąco, w pozach siedzących czy półleżących, często w otoczeniu innych członków rodziny, zabawek i książek czy nawet zwierząt domowych. Oczy najczęściej mają otwarte. Wyglądają… trochę dziwnie, choć czasem nie można się domyślić, która z osób na zdjęciu nie żyje. 
Jeśli fotograf był kiepski, widać prowizorkę - jakieś systemy podpórek, czy na jednym wręcz zdjęciu ukrytego pod draperią dorosłego, który podtrzymuje kilkuletnie dziecko (choć w ten przedziwny sposób fotografowano też żywe bobasy - by utrzymać je we względnym bezruchu na czas zdjęcia).



Ci, którzy nie chcieli się zbyt wysilać, a może stan zmarłego na nic innego nie pozwalał, a może byli to ci, dla których statyw na nieboszczyka, który był na stanie każdego szanującego się zakładu fotograficznego w owych czasach, to już była pewna przesada - układają swoich zmarłych w pozycjach zamyślenia czy odpoczynku - z półprzymkniętymi oczyma, z głową wspartą o dłoń, na oparciu lub na ramieniu ukochanej osoby.
Często cała rodzina stara się sfotografować z umarłym. Najdziwniejsze na mnie wrażenie robią te kompozycje, na których widać kilkoro rodzeństwa - stoją zwykle od najstarszego, do najmłodszego - tylko, że jedno z nich już nie żyje… Jak w czasie pozowania czuła się reszta?



Myślę, że bardzo istotna różnica między nami a nimi to ta, że ludzie dawniej, włączając w to dzieci, byli znacznie bardziej oswojeni ze śmiercią. My spychamy ją poza granice naszej świadomości, naszych umarłych oddajemy “specjalistom” i nie mamy z nimi praktycznie żadnego kontaktu. Dawniej tak nie było. Nieboszczyk dość długo spoczywał w domu, gdzie żegnano się z nim i opłakiwano go. Poza tym śmierć była czymś znacznie częstszym niż obecnie, zwłaszcza wśród dzieci.

Ale mimo wszystko… Początkowo, przyznam, byłam zszokowana. Co za upiorny zwyczaj. Ale potem uświadomiłam sobie, że w owych czasach fotografie były popularne, to fakt, ale nijak się to miało do tego, co dzieje się obecnie - zwłaszcza od czasów aparatów cyfrowych. Każde dziecko obecnie ma setki, tysiące zdjęć i filmów, dokumentujących jego istnienie. A w XIX wieku, zwłaszcza biedniejsi ludzie, często nie mieli żądnej fotografii ukochanej osoby. Zwyczajem więc było, że jeszcze zanim posłano po pracowników zakładu pogrzebowego, wzywano fotografa.

Wyobraźmy sobie, że umiera ktoś nam bardzo bliski - a my nie mamy żadnej jego podobizny. Wiemy, że gdy trafi do grobu, już nigdy go nie zobaczymy. Zniknie na zawsze, a tylko nasza słaba pamięć będzie przechowywała wspomnienie o nim. Jak długo?… A przecież tak nie chcemy się z nim/nią rozstawać! Taka fotografia jest próbą zatrzymania w czasie, próbą zaprzeczenia śmierci.  Wspólnego udawania, że wciąż jesteśmy razem.

Za tą upiornością kryje się miłość. Taka, która trwa poza grobem, a przynajmniej pragnie trwać. Z naszego punktu widzenia odrobinę… hm… niezdrowa, ale w epoce wiktoriańskiej, oswojonej ze śmiercią,  na pewno taką nie była. Na większości fotografii żywi mają bardzo rzeczowy wyraz twarzy, pozując obok swoich zmarłych. Chcą mieć po prostu małą “pamiątkę” po nich, którą postawią na serwantce i na którą będą mogli patrzeć w nadchodzących latach z pewną melancholią.




Choć, kto wie, co kryje się za tymi maskami żywych, zastygłymi nieruchomo na długie minuty pozowania? Jakie myśli krążyły im po głowach, gdy siedzieli nieruchomo, na ramieniu czując zimną rękę siostry, brata, męża? Czy trzymając na kolanach pulchnego kilkulatka, który już nigdy nie pobiegnie na swoich małych nóżkach?… Może czuli dokładnie to, co dziki, oszalały z rozpaczy Heathcliff po śmierci Cathy?


Emily Bronte," Wuthering Heights"



Nov 9, 2014

PALEC BOŻY



Palec zaczyna mnie swędzieć - to chyba dobry znak?
Ale od początku. 
Pies z kotem.
Nie znają się.
Kot ma około 14 lat, jest więc starszym panem czy wręcz staruszkiem. Na imię ma Frodo i jest wykastrowany.
Pies, a właściwie suka - połączenie wilka z dobermanem. W sile wieku. Na imię ma Kobra. 
Miejsce spotkania: ogród przy moim domu.
Jak obstawiacie wynik spotkania?… 
No coż. 
Oszalały Frodo, z dzikim wrzaskiem i wysuniętymi pazurami, raz po razie naciera na biedną Kobrę, która kręci się w miejscu, próbując zorientować się, z której strony nastąpi kolejne uderzenie. Furia kota nie do opanowania - próbuję stanąć mu na drodze, ale umyka mi za każdym razem i znów wbija pazury w biednego psa.
Nie ma czasu, żeby iść po wiadro z wodą - najlepszy sposób na ostudzenie rozjuszonego kota.
W desperacji łapię go za kark, kot wrzeszczy, wyrywa się, drapie… Daje to czas psu na ucieczkę. Niestety, w którymś momencie kot gryzie mnie w palec - właściwie nie gryzie (a wierzcie mi, znam to i nikomu nie życzę), ale zahacza którymś zębem o skórę na moim palcu.
Rana nie jest duża; wysysam krew, w domu polewam obficie wodą utlenioną i przyklejam plaster z opatrunkiem.
Wieczorem palec spuchnięty jak bania, zaropiały, lekko siny…
Nie idę do lekarza, bo wiem z doświadczenia, co będzie. Już to przechodziłam, gdy Frodo ugryzł kiedyś mojego zięcia. Kot, który gryzie, uznany jest za kota, który potencjalnie może mieć wściekliznę. Kot trzymany jest w domu, pod obserwacją - nie może wychodzić przez chyba dwa tygodnie. Za to regularnie przychodzi weterynarz na (płatne) wizyty… Dziękuję bardzo.
Koty w paszczy mają istną mega-bombę bakteryjną.
Jak warany.
A więc trzy razy dziennie zmieniam opatrunki, za każdy razem dokładnie przemywając babrzącą się ranę i nakładając nową porcję maści z trzema antybiotykami.
Dziś mija piąty dzień tej zabawy i palec po raz pierwszy zaczyna wyglądać trochę lepiej.
A nawet lekko swędzi.
A więc chyba przeżyję.

Jaki jest morał z tej opowiastki?
A taki:


Kot

ja mam pana boga w futrze
kiedy się przeciągam wzdłuż
czuję jego palce
wyprężone na grzbiecie


on - w mięśniach moich nóg
kroczy ciszej
niż okragły księżyc
po przyczajonym niebie


nie płoszymy gałęzi
wiatr
trzepocze nam w pysku,
skrzydłem głupiego wróbla


oblizuję wąs
z ciepłej krwi
zmrużony - spiewam hymn
- o dobrym bogu




Halina Poświatowska

Oct 28, 2014

BEZ OKULARÓW


Nobla w tym roku dostał francuski autor Patrick Modiano. Nie czytałam żadnej z jego wydanych u nas książek (z Wikipedii można się dowiedzieć, że były to: Nawroty nocy, Willa Triste, Ulica ciemnych sklepików, Zagubiona dzielnica, Przejechał cyrk). 
Aż do przedwczoraj, kiedy to w “Czułym Barbarzyńcy” wpadła mi w oko, w dziale książek dla dzieci, “Katarzynka”. Z dwóch zupełnie nie noblowsko-prestiżowych powodów mi wpadła: po pierwsze rozmiarem, bo lubię książki małe, zgrabne i w twardych okładkach (jak, idealne moim zdaniem, dawne wydania Muminków). Po drugie - ze względu na ilustracje J.J.Sempego. 
No i zakupiłam za 27 złociszy. Lektura na jedno króciutkie, późnojesienne popołudnie, do przeczytania między 17:15 a 17:49, przy herbacie z malinami (lub koniakiem, co kto woli) - 93 strony, dużo rozkosznych ilustracji, bez których ta książka byłaby zapewne zupełnie inną książką. 

Sądząc po zeszłorocznym (Munro) i tegorocznym (Mondiano) laureatach literackiej nagrody Nobla Akademia Szwedzka lubi nazwiska zaczynające się na “M” i atmosferę niejednoznaczności. Niedopowiedzenia, ten klucz do twórczości Alice M., w “Katarzynce” są wręcz głównym motywem opowieści.
Nie do końca wiemy, dlaczego mała Katarzynka została przez kilka lat ze swoim tatą w Paryżu, gdy jej mama wyjechała do Ameryki. Wyjaśnienie ojca, że musiał “dopiąć na miejscu interesy” jest mało przekonujące, nawet dla Katarzynki. Ich późniejszy wyjazd do Nowego Jorku pod koniec książki też jest równie niespodziewany, a “interesy” ojca nie  są wcale “bardziej dopięte” niż były na początku.
Czym zajmuje się tata Katarzynki? Trudno powiedzieć; firma “CASTERADE&CERTITUDE - Eksp. - Trans.”, w której jest wspólnikiem, skupuje, przewozi i sprzedaje to i tamto; fotele lotnicze, porcelanowe figurki tancerek i inne tajemnicze przedmioty niejasnego pochodzenia i jeszcze bardziej dziwacznego przeznaczenia, które najczęściej zostają nierozpakowane. Działa w szarej strefie, a z aluzji nudnego pana Casterade, wspólnika, można się domyślić, że dla taty Katarzynki granice pomiędzy legalnością, a nielegalnością są dość rozmazane. Tak jak miejsce prowadzenia interesów - często jest to ławka w parku czy restauracja, w której jedzą obiad z Katarzynką.

W ogóle cały ich świat jest zamazany. Oboje noszą okulary, ale oboje najbardziej lubią ich nie nosić… Czują się wtedy bezpieczni w swoim świecie bez kantów i wyraźnych konturów, świecie marzeń i możliwości - przeciwieństwie świata ograniczeń i twardych faktów. Jednym z rytuałów Katarzynki i jej ojca jest zdejmowanie okularów, by nie musieli oglądać (a nawet słyszeć) tego, czego nie chcą.
"Ja zdjęłam okulary, tata zdjął swoje. Wokół nas wszystko było łagodne i zamglone. Czas się zatrzymał. Było nam dobrze"

Tata Katarzynki ma wprawdzie na nazwisko Certitude (Pewność), ale to kolejna zmyłka w tej opowieści - jakże znamienna. Jakiś zmęczony upałem urzędnik merostwa nie potrafił bowiem zapisać trudnego nazwiska Czertischawadze lub Szerczetitudźwili (nawet to nie jest pewne), i zaproponował uproszczoną wersję. W Ameryce znowu to nazwisko zostało zniekształcone, odbierając mu i tak już wątpliwe znaczenie.

Kolejną warstwę ambiwalentności tworzy to, że historia małej Katarzynki opowiadana jest przez Katarzynę - starszą panią mieszkającą od kilkudziesięciu lat w Nowym Jorku. Snute przez nią wspomnienia w sposób jak najbardziej naturalny są mgliste i niejednoznaczne.

Nawet nauczycielka tańca Katarzynki, Madame Dismajłowa, mówiąca z silnym rosyjskim akcentem: Fondou… Tendou… Pas de cheval…”, prawdopodobnie (w każdym razie według taty Katarzynki) wcale Rosjanką nie była.
No i jest jeszcze “ta jakaś stewardesa”, którą Katarzynka pamięta mgliście, uchwycona na jednym ze zdjęć z brzegu kadru, a której ojciec nawet dwadzieścia lat później nazywa właśnie w ten sposób, z pewnym, trzeba przyznać, zakłopotaniem.

Catherine Certitude (taki jest oryginalny tytuł książki) żyje więc szczęśliwie w świecie zamazanych konturów. Zawdzięcza to ojcu, który nauczył ją czuć się najpewniej, gdy żadnej pewności nie ma. Czy można być lepiej przygotowanym do życia?






Oct 8, 2014

SŁOWOBLOK

Jaka osoba zarabiająca od lat składaniem słów, z dużym optymizmem wzięłam się za zarekomendowaną przez przyjaciółkę grę “Słowotok”.  “Wciąga” powiedziała przyjaciółka i to się sprawdziło. Zupełnie natomiast nie sprawdziło się moje przekonanie, że na pewno świetnie będę sobie w tej grze radzić. Ku mojemu wstydowi zajmuję najczęściej dalekie miejsca, gdzieś w ogonie kolejki graczy, dając się wyprzedzać dzieciom, starcom i kobietom w ciąży, a czasem nawet zwierzętom (jeśli można wierzyć ikonkom współgrających).
Moje najlepsze osiągnięcie po kilku dniach pogrywania w Słowotok to miejsce trzynaste, ale o jakiejś nieprzyzwoicie wczesnej godzinie porannej, gdzie konkurencja była stosunkowo niewielka. “Dlaczego?” - myślę zrozpaczona swoją tępotą. Wyjaśnień jest kilka, ale żadne tak naprawdę nie satysfakcjonujące. Na przykład to, że jako miłośnik Scrabble’a, grający dość regularnie w tę grę, mam problem z układaniem słów wyłącznie w mianowniku liczby pojedynczej (rzeczowniki) i bezokoliczniku (czasowniki). Zwłaszcza, gdy czas odgrywa tak istotną rolę, a ja widząc na przykład “ń”, natychmiast słyszę w głowie setki słów typu: “upomnień”, “zawirowań”, “wykorzystywań” i te pe, i te de, które aplikacja odrzuca z nieprzyjemnym brzękiem. Podobnie ma się z “ć”, które w Słowotoku zwykle oznaczają, że należy szukać jakiegoś długiego czasownika w bezokoliczniku, typu “podminowywać”, a nie w trybie rozkazującym “przewróć”, “ogać” i “wzbogać”.

Gdy człowiek (to znaczy ja) wykona już dość marnie swoje zadanie, pojawia się lista słów, które można było z danego zestawu liter ułożyć. I wtedy zaczyna się część pt. Zdziwienie i Irytacja, ponieważ ogromna część tych słów jest mi w ogóle nieznana typu: nakban, zenano, zin, dell, enad, czup albo też pisana według nieznanych mi zasad ortografii, jak “półkownik”, który był najdłuższym możliwym do ułożenia słowem w jednej z rozgrywek…
Jest też dużo słów anachronicznych, jak “azali”,  ewidentych kolokwiaizmów jak “psor”, nazw własnych jak “weronal”, słów wziętych “żywcem” z obcych języków, a z dość niejasnego powodu nie ma oczywistych.

Ale najgorszy przypadek, jaki zdarzył mi się już parę razy, to znalezienie długiego słowa, wystukanie go, nawet dwykrotne (w celu upewnienia się, że paluszek się nie omsknął), usłyszenie brzęczyka, że słowo zostaje odrzucone, a następnie zobaczenie go na czele listy słów, możliwych do ułóżenia w danej rozgrywce! Właśnie zdarzyło mi się to ze słowem (swoją drogą nie najzgrabniejszym) “postępowość”… Rozumiecie chyba moją frustrację.

Ale nic nie usprawiedliwia faktu, że ciągle znajduję się w rozgrywce za Wesołym Staruszkiem albo Kretynem.
Czasem czuję, że jest to jak najbardziej usprawiediwione, gdy patrzę na zestaw liter i czuję zupełną pustkę w głowie. To gorsze niż słowo-blok pisarski, gdy gapisz się na białą kartkę (ekran komputera) i nic mądrego nie przychodzi ci do głowy. W takim wypadku przynajmniej nie czujesz, że za chwilę brzdęknie końcowy brzęczyk i gra będzie skończona, po raz kolejny lokując cię pomiędzy nagłuszpszymi i najmniej rozgarniętymi.


Zawsze możesz się łudzić, że to, co napiszesz tym razem, będzie prawdziwym arcydziełem.

Sep 27, 2014

A BACKWARD GLANCE



Wsiąkłam w Edith Wharton.
Zdecydowanie wolę angielską literaturę od amerykańskiej, ale muszę przyznać, że Wharton jest znakomitą pisarką. Czytam wszystko, jak leci: opowiadania, powieści, opowieści o duchach (których z założenia nie znoszę). Nie jest to świat, który wciągałby mnie jako świat właśnie - ale nie sposób nie podziwiać pisarskiego kunsztu autorki. Wharton z równą łatwością stosuje w swych pracach literackich narrację w pierwszej osobie, jak i trzeciej; czyni głównym bohaterem kobietę lub mężczyznę; opisuje świat wielkich i możnych (z czego jest znana najlepiej, głównie dzięki “Wiekowi niewinności”), ale i ubogich (np. “Bunner Sisters”). Bez łzawego sentymentalizmu, moralizatorstwa, z lekką nutą ironii. Precyzyjne i obiektywne obrazki ze świata, który dawno przeminął. Przez to tak interesujące. I portrety ludzi, których emocje - choć innymi bodźcami wywołane - nie przeminęły. Przez to tak interesujące.
Wharton była pierwszą  kobietą, która otrzymała literackiego Pulitzera; jak najsłuszniej. Trzykrotnie nominowano też ją do Nobla, ale go nie dostała.

Na dziwną ironię zakrawa fakt, że dom, który zaprojektowała i w którym przez tyle lat mieszkała i tworzyła (zanim wyniosła się na dobre do Europy), słynny The Mount House, jest teraz wynajmowany na wesela… Wesela z pewną klasą, to fakt, ale jednak… Zapewne jedynym kryterium jest pieniądz. Przemiany świata, które tak biegle opisywała w swoich utworach, poszły zapewne znacznie dalej, niż mogła się była spodziewać. Ale dokładnie w tym kierunku, jaki przewidziała.

"On a slope overlooking the dark waters and densely wooded shores of Laurel Lake we built a spacious and dignified house,” -  pisała E.Wharton o swoim domu w Lenox, Massachusetts, w autobiografii "A Backward Glance".
Niedawno Annie Leibovitz stworzyła dla Vogue'a serię fotografii, na których odtwarza atmosferę artystycznej Arkadii, jaką był ten dom, w którym spotykali się wielcy artyści epoki. Zdjęcia nie  próbują wykreować wiernego odbicia przeszłości, są raczej jej twórczą interpretacją. Jedna wielka artystka o drugiej.






Sep 18, 2014

POCHWAŁA WŁASNEGO OGRÓDKA




David Lodge, “A Man of Parts”, dialog pomiędzy dwoma autorami:

(H.James):
“The job of the artist is to enlighten and enrich the collective consciousness by the exercise of his imagination in his chosen medium. That is a proper contribution to politics”
(H.G.Wells):
“Art for art’s sake?” he questioned.
(H.James):
“Art for Life sake!” James said, with the air of a man laying down a trump card.
(H.G.Wells):
“I want to change the world” he said, “not just describe it.”

Czytając biografie sławnych i mniej sławnych ludzi, prawie zawsze odnosi się wrażenie, że, niezależnie od ich osiągnięć i uznania, jakim obdarzał ich świat, pragnęli nie tego, co dostawali, albo raczej dostawali nie to, czego pragnęli najgoręcej.

H.G.Wells był znakomitym i niezmiernie popularnym pisarzem fantastyczno-naukowym (jakbyśmy to dziś powiedzieli), a pragnął napisać “poważną” powieść obyczajową oraz poprzez działania na forum publicznym “zmienić świat”.

Henry James?… W głębi serca marzył, żeby być popularnym autorem, czytanym z zapartym tchem przez tysiące czytelników - jak jego przyjaciel George du Maurier, albo uznanym dramaturgiem jak np. Oscar Wilde - tymczasem jego wyrafinowane książki sprzedawały się w minimalnych nakładach, a sztuki robiły klapę.

Czy to wieczne niezadowolenie z siebie czyni ludzi wielkimi? Zmuszając ich do coraz większego wysiłku, jak ostroga - bolesna, ale konieczna, gdy chce się wygrać wyścig.
Choć z drugiej strony, gdyby Wells tyle nie “politykował”, tracąc czas, energię i szacunek do samego siebie, gdy próbował bez sukcesu zreformować Towarzystwo Fabiańskie - może napisałby więcej znakomitych powieści?

A Henry James?… Ile lat stracił na gonieniu za ułudą teatralnego sukcesu! Jak długo musiał się podnosić po upokorzeniu, jakiego doznał w 1895r., gdy na premierze “Guya Domville’a” został wygwizdany przez publiczność!

Więc może jednak należy zadowalać się tym, co się ma, i robić to najlepiej, jak się potrafi, nie rozglądając się wokół, czy przypadkiem ktoś w innym ogródku nie hoduje innej, czerwieńszej odmiany pomidora?