Showing posts with label recenzja. Show all posts
Showing posts with label recenzja. Show all posts

Nov 23, 2014

DOŚĆ KIEPSKA SZTUKA, CZYLI KRYTYKA TEATRALNA WG. A.A.MILNE'GO




W jednym z moich ulubionych blogów literackich, Stuck in a book http://stuck-in-a-book.blogspot.com pojawił się dziś wpis, który przypomniał mi, ile radości, sprawił mi kiedyś wstęp do “Trzech sztuk” A.A.Milne’go, w którym Milne (nota bene autor bardzo wielu utworów dramatycznych wystawianych, na ogół z sukcesem, na scenach londyńskich) odnosi się do krytyki teatralnej. Fragmentem tego wstępu jest  recenzja, napisana przez Milne’go z pierwszego (pono) wystawienia sztuki nikomu jak dotąd nieznanego autora... Wiliama Szekspira pt. “Hamlet”… Rzecz jest naprawdę zabawna i pozwoliłam sobie ją przetłumaczyć:

“Pan William Szekspir, którego napisany w najlepszych intencjach dramat kostiumowy, pt. “Hamlet” został po raz pierwszy wystawiony w Londynie w zeszłym tygodniu, nie jest nam znany. Rozumiemy jednak, a przynajmniej  tak zostaliśmy zapewnienie przez kierownictwo teatru, że cieszy się on pewną lokalną sławą w hrabstwie Warwickshire jako autor sonetów. Ale dlaczego ktoś, kto para się tworzeniem pełnych wdzięku drobnych utworów poetyckich, zapałał nagle ambicją, a co więcej - wyobraził sobie, że potrafi podołać stworzeniu dramatu scenicznego, który przez trzy godziny ma utrzyma uwagę publiczności w Londynie, nie jesteśmy w stanie pojąć. Zabić siedem (lub może było ich osiem?) głównych postaci w sztuce, nie znaczy jeszcze napisać tragedię. Wielkość dramatopisarza nie polega na tym, by zalać nasze dusze mieszaniną współczucia i przerażenia. Pan Szekspir, tak jak wielu innych młodych pisarzy, myli przemoc z siłą wyrazu, a w swoich niefortunnych lżejszych “kawałkach” - bufonadę z humorem. Jedyną prawdziwa tragedią wczorajszego wieczora było to, że pisarz tak bardzo może nie znać ograniczeń swojego talentu i tak niewłaściwie go wykorzystywać.

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że pan Szekspir talent posiada. Jest nim przyjemna lekkość pióra. Co chwila jakiś zgrabny wers przyciąga ucho, jak wtedy, gdy Poloniusz (dobrze zagrany przez pana Macready'ego Jonesa) ostrzega syna, że “ten, kto pożycza, przyjaciół traci", lub gdy sam Hamlet odnosi się do śmierci jako "odrzucania śmiertelnego trudu”. Ale kilka zgrabnych linijek nie czyni jeszcze sztuki. Potrzebujemy czegoś więcej. Nasze zainteresowanie musi być podtrzymywane przez cały czas; i to nie przez takie nadużywane triki sceniczne, jak pojawienie się upiornych zjaw, które budzą strach tylko w sercach kolegów-aktorów; nie niby-to-zabawne błazeństwa przy grobie; ale przez wewnętrzny rozwój postaci. Tymczasem postaci stworzone przez pana Szekspira są tylko ustnikami do wypowiadania jego zgrabnych powiedzonek. Możemy wybaczyć Księciu Danii solowy popis werbalny białym wierszem długości pięćdziesięciu linii, uznając, że ten sposób wypowiadania się przystoi godności królewskiej; ale co mamy powiedzieć o kapitanie piechoty, który kończy przerwane przez kogoś zdanie dokładnie taką liczbą sylab, jaka jest niezbędna do stworzenia jambu? Czy takie postaci w czymkolwiek przypominają żywych ludzi? Rzeczywiście, cała sztuka sprawia wrażenie, jakby została napisana na zlecenie kierownika teatru,  jako sposób na zaprezentowania wszystkich  “środków wyrazu”, którymi jego teatr może się popisać. Monologi (nieskrępowane obecnością rywali) dla popularnej gwiazdy, scena szaleństwa dla odtwórczyni głównej roli kobiecej (ubranej w kolorze białym), duch dla elektryka, pojedynek na szable dla wyszkolonych w Akademii szermierzy, niema scena dla szeregowych miłośników kinematografu - nasz autor przygotował coś dla nich wszystkich. Nie ulega wątpliwości, że można dzięki temu zarobić, a człowiek z czegoś żyć musi. Ale szczerze mówiąc wolę pana Szekspira jako autora sonetów.”




Aug 5, 2014

WIADOMOŚCI Z RAJU


Nie są najlepsze. Moja ulubiona wakacyjna lektura, “Paradise News” Davida Lodge’a, tak naprawdę kryje sobie niespodziewane głębie i rewelacje na temat kondycji rodzaju ludzkiego. A nie są one bardzo budujące. Wspomniałam już tu poprzednio (we wpisie “Raj, czyli piekło”) o teorii jednej z postaci tej powieści - antropologa, Shaldreke’a, na temat współczesnego “opium dla mas”, czyli turystyki, zastępującej ludziom religię. Teoria jest prześmieszna, ale oprócz pośmiania się, trudno się z niektórymi jej stwierdzeniami, opartymi na bardzo wnikliwych i mocno złośliwych obserwacjach, nie zgodzić. 

Książkę znalazłam - nomen omen - w prawdziwym turystycznym raju, czyli na wyspie Koh Samui w roku 1994 chyba (nie ten egzemplarz ze zdjęcia; tamten komuś pożyczyłam i już do mnie nie wrócił). “Znalazłam” lub, jak kto woli “zawłaszczyłam sobie”.
Na Koh Samui, w znajdujących się tuż przy plaży mini ośrodkach, skupionych wokół małych knajpek i składających się z kilku-kilkunastu chat na palach, panował w owych czasach zwyczaj zostawiania i pożyczania sobie książek z małych, przybarowych “biblioteczek”. Ktoś wziął książkę na długi lot z Europy i nie chciał targać jej z powrotem do domu - zostawiał przy barze, a pożyczał sobie coś innego do leniwego czytania na hamaku w cieniu palm. Nie wiem, jak jest teraz; byłam raz jeszcze na Koh Samui w 2000 roku i było to już całkiem inne miejsce, do którego dotarli już nawet w sporych ilościach nasi rodacy. 

“Paradise News”, książka Lodge’a, którego wcześniej (przed 94-tym) w ogóle nie znałam, i dopiero po powrocie do Polski zaczęłam systematycznie czytać, spodobała mi się tak bardzo, że nie potrafiłam się z nią rozstać i trochę zawstydzona zapakowałam do własnego plecaka. Zostawiłam w zamian “Czerwone i czarne” Stedhala, po polsku, więc może dobrze, że kilka lat później na wyspie pojawili się Polacy, bo może komuś ta książka umiliła egzotyczne wakacje (choć Stedhala, przyznaję, trudno nazwać “wakacyjną lekturą”). 

Wracając do “Wiadomości z raju” - czy, jak to zostało przetłumaczone na polski, gdy powieść w końcu pojawiła się u nas: “Co słychać w raju”; w tej lekkiej i humorystycznej książce na stronie 190  trafiłam na fragment, który jest dokładnym odzwierciedleniem moich najbardziej smutnych przemyśleń na temat rodzaju ludzkiego, prawa do szczęścia i zadośćuczynienia za wszystkie cierpienia:



Rzadko płaczę nad jakąś książką; nie płakałam nad tym fragmentem, o nie, ale przypomniała mi się moja super emocjonalna reakcja na książkę “Piknik na skraju drogi” braci Strugackich (znanych szerszej publiczności jako pierwowzór filmu “Stalker”).
Pamiętacie, gdy sponiewierany przez życie, twardy, ścigany przez prawo i przez wszystkich gnębiony, główny bohater, stalker, Red Shoehart, dociera do tajemniczej, spełniającej życzenia Złotej Kuli z innych światów, i woła: “Szczęście równe dla wszystkich, i niech nikt nie odejdzie pokrzywdzony!”? (cytuję z pamięci, nie mam już tej książki, a szkoda, że się gdzieś w przeprowadzkach zawieruszyła). Łzy pojawiły się w moich oczach na myśl, że ten piękny sen nie ma prawa się ziścić. Bo nawet jeśli od tej chwili będziemy szczęśliwi, ustaną wojny, tortury, gwałty, wykorzystywanie słabszych przez silniejszych - to co z tymi wszystkimi, którzy już tych okropności zaznali?… Mamy pławić się w szczęściu, nie myśląc o nich? 



Myślę, że dlatego ludzie wymyślili raj, który miał być pośmiertnym wyrównaniem rachunków. Im więcej cierpiałeś, tym więcej czeka cię radości w przyszłym życiu. A ci, którzy cię gnębili, trafią do piekła, w którym smażyć się będą w nieskończoność. To jedyny sposób na zbilansowanie rachunku krzywd. Co z tego, kiedy nawet katolicy (a w tym i David Lodge, którego moralne i światopoglądowe dylematy byłego? katolika przewijają się przez większość jego książek) przestali już wierzyć w kościelną “grę planszową”, pod tytułem “Niebo-piekło” (określenie Lodge’a z “Gdzie leży granica?”).
A ja nigdy jakoś tego systemu nagród, kar, odpustów, zasług i grzechów różnej wagi nie potrafiłam traktować poważnie i trudno było mi uwierzyć, że tyle osób, czasem mądrych i przeze mnie podziwianych, mogło. Wiara w Boga, choć też dla mnie dość niepojęta, to jedno. Ale branie na poważnie wszystkich kościelnych, watykańskich bzdur (przepraszam wierzących) - to drugie.

Ale odeszłam już spory kawałek od “Paradise News”, choć może nie aż tak daleko. W końcu główny bohater, Bernard, jest kolejną “ofiarą katolickiej demagogii”, i choć jego perypetie opisane są z humorem, to sporo w tym wszystkim, posługując się terminologią “Lodge’owską”, “gorzkich prawd”.

Wiadomości z raju są więc takie, że raju nie ma i nie będzie. Na nieszczęście trudno to samo powiedzieć o piekle. Piekło jakoś nam, ludziom, wychodzi całkiem nieźle. Tu na Ziemi.

P.S.
A jeśli chodzi o powieści Davida Lodge’a, to moja osobista kolejność wygląda następująco:
1. Paradise News
2. Therapy
3. Thinking
4. Trylogia: Changing Places, Small World, Nice Work
5. Deaf Sentence

I wszystkie pozostałe jego książki.


Apr 2, 2014

FUTUROLOGIA STOSOWANA


“…Astronautyka jest dziś formą ucieczki od spraw ziemskich. Każdy, kto ma ich dość, wyrusza w Galaktykę, licząc na to, że najgorsze stanie się pod jego nieobecność.”

Oto ciekawy przypadek eskapizmu galaktycznego, myślę, że niejedno z nas chętnie skorzystałoby z takiej opcji. Na razie zostają nam książki, narkotyki i inne gry i zabawy towarzyskie pozwalające podróżować (tzn. uciekać od problemów) bez ruszania się z miejsca.


I właśnie o tym, a nie o astronautyce, jest “Kongres futurologiczny” Lema, rzecz napisana w roku 1970, a jakże wciąż aktualna. Lem rozwija tam wizję świata przeludnionego, w bliższej przyszłości wstrząsanego powszechnym terroryzmem. W hotelowym barze Tichy spotyka brodacza “z papieżówką”, czyli strzelbą z której ma zamiar ustrzelić papieża, czym chwali się wszystkim obecnym, nie wzbudzając zresztą większego zainteresowania, nie dlatego, żeby mu nie wierzyli, ale dlatego, że zamachy stały się już czymś tak powszechnym, że nie wartym zawracania sobie głowy.

“…poszedłem ratować papieża, to jest powiadomić kogoś o tym planie. Leon Stantor, który mi się napatoczył w barze 77 piętra, nie wysłuchawszy mnie nawet do końca powiedział, że w podarkach, jakie ofiarowała Hadrianowi XI ostatnia wycieczka wiernych amerykańskich, były dwie zegarówki i beczułka wypełniona — zamiast winem mszalnym — nitrogliceryną; zblazowanie jego pojąłem lepiej, usłyszawszy, że ekstremiści przysłali dopiero co do ambasady nogę, nie wiadomo tylko jeszcze — czyją.”

I tak dalej, tym samym pogodnym tonem, aż po wojnę domową, rozpirzenie wielkiego Hiltona i ucieczkę przez rozpylaną w celach wojennych psychochemią do podziemi hotelu.

I tu zaczyna się wizja świata końca XXI wieku, charakteryzująca się eskapizmem totalnym, zwanym psywizją lub farmakokracją, kontrolowanym przez nielicznych rzeczowidzów. Tichy zostaje zamrożony i odmrożony w świecie powszechnej szczęśliwości. Po jakimś czasie odkrywa jednak łuszczce się warstwy złudzeń, które zakrywają przerażającą prawdę. 

“— Mamy rok 2098 — rzeki. — 69 miliardów żyjących legalnie i zapewne koło 26 miliardów zatajonych. Średnia temperatura roczna spadła o cztery stopnie; za piętnaście, dwadzieścia lat będzie tu lodowiec. Nie możemy zapobiec zlodowaceniu; nie możemy do niego nie dopuścić — możemy je tylko zakryć.”

Sztuczka polega na tym, że cała ludzkość dzięki “maskonom” żyje rodzajem psychochemicznego snu, nie czując i nie widząc koszmarnej rzeczywistości - przeludnienia, mutacji, zimna i braku żywności. Tak, tak, Matrix się kłania, choć tu nie roboty nas “uprawiają”, a my sami chowamy głowę w piasek.

“Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić” - mówi Tichemu rzeczowidz , czyli jeden z tych, którzy mają prawo i obowiązek widzenia prawdy.

W zakończeniu Lem wykonuje zgrabną woltę i wracamy do rzeczywiści “terrorystycznej”, czyli tej, w której dopiero wykwitnie idea zmieniania postrzegania rzeczywistości, zamiast zmieniania jej samej.

Świat bardzo żwawo drepcze w kierunku wyznaczonym przez Lema. Psychiki przecież nie trzeba koniecznie stymulować chemią - operacje na otwartych mózgach obywateli znane i stosowane są dość powszechnie od wieków. Całe narody widzą to, czego chce wódz, choćby do rzeczywistości miało się to nijak. 
Do świata opisanego w książce bardziej jednak pasuje manipulacja mediowo-kulturowa, która sprawia, że żyjemy rodzajem dość przyjemnego snu (akurat w naszym przypadku, nie mówię o mieszkańcach Etiopii, których sen przypomina koszmar). Snu z występującymi w nim celebrytami i ich “dramatami”, ogłupiającą, ale niezbyt męczącą pracą, systemem społecznym, w którym każdy pragnie wymościć sobie jakieś w miarę wygodne miejsce, codziennymi rytuałami, zakupami w supermarketach, fejsbukiem i papką serialową.

Czy tylko ja mam takie wrażenie, że oczy przesłania mi rodzaj opaski, bardzo ograniczającej moje pole widzenia? Że gdybym umiała spojrzeć poza “cały ten zgiełk” bezsensownej krzątaniny, zobaczyłabym… No właśnie, co? 

Może coś, czego lepiej nie widzieć.

Jan 23, 2014

ZAMIEĆ ŚNIEŻNA I WOŃ MIGDAŁÓW



Sherlocka Holmesa, zaczętego jeszcze w czasie Świąt, nadal doczytuję do poduszki (w końcu to wszystkie opowieści z serii, więc niemało tego), ale tę przyjemną lekturę urozmaicam sobie innymi, co czytający te zapiski na pewno zauważyli.

Tym razem, trochę przez przypadek, połknęłam coś mającego z Sherlockiem podwójny związek: po pierwsze kryminał, a po drugie z bezpośrednim odniesieniem do angielskiej serii. Starzec, który umiera otruty zaraz na pierwszych stronach opowiadania, jest wieloletnim prezesem klubu miłośników SH, a rozwiązanie kryminalnej zagadki jest zaczerpnięte wprost z jednej z sherlockowskich przygód.

Nie o tym jednak chciałam. Chciałam o Camilli Lackberg, bo to ona jest autorką “Zamieci śnieżnej i woni migdałów”.
Zastanawia mnie fenomen jej ogromnej popularności. Jest kiepską pisarką, co szczególnie wyraźnie uwidacznia się w tym właśnie opowiadaniu z 2007r. Przedziwna nieudolność w konstruowaniu fabuły, naiwność, brak logiki i realizmu, to główne zarzuty, jakie bym jej postawiła. Jej cykl powieściowy o Fjallbace broni się wprawdzie rozmachem i epickim zadęciem (choć o realizm i zwykłe prawdopodobieństwo bardzo tam trudno), ale w tym krótkim opowiadaniu uzupełniającym serię, cała mierność jej warsztatu wyłazi z każdej niemal linijki.
Najmocniejsze cecha pisarki to skandynawski klimat - przyroda, pogoda i ludzie - każdy mroczny, z jakąś tajemnicą. Duża sprawność w tworzeniu postaci - tylko że to wszystko na miarę popularnej literatury romansowej. Perypetie i psychologia nie wychodzą poza najprostsze, naiwne, siercoszczipatielnoje schematy. A twórcy kryminałow, zwłaszcza skandynawscy, przyzwyczaili nas do znacznie bardziej wyrafinowanych, psychologicznie głębszych i porażających mrocznym realizmem utworów.

No i tu chyba doszłam do sedna - Camilla Lackberg potrafiła połączyć sympatyczną powieść psychologiczno-romansową z wątkami kryminalnymi i dzięki temu zdobyła ogromne rzesze czytelników.

Kolejna zagadka rozwiązana, mój drogi Watsonie.


Jan 21, 2014

ZAPISKI O ZAPISKACH

Skończyłam Spiżową Bramę, wzięłam się za Nelly, która nie pamiętam, skąd wzięła się w naszej bibliotece. Na pewno nie ja ją kupiłam, jest stara, “wyczytana”, a nie przeze mnie, bo zajrzałam do niej po raz pierwszy. Swoją drogą ciekawa jestem, czy Brezę ktoś jeszcze wznawia.

Sprawdziłam - są w sprzedaży jego książki, jest w sieci parę amatorskich recenzji. Ale tylko w jednej z nich znalazłam jakieś kwaśne aluzje do jego związków z PRL-em. A o tym myślałam, zastanawiając się, czy Breza czasem nie funkcjonuje obecnie pod etykietką “poplecznik peerelowskiego systemu”, którego nie wypada czytać. Syn ziemiański, jeszcze “z poprzedniego wywłaszczenia”, jak to sam w Nelly określił (czyli po pierwszej wojnie, a nie po drugiej), nie krył swoich sympatii dla komuny. To z ramienia socjalistycznego rządu kontynuował po wojnie swoją działalność dyplomatyczną, będąc attache kulturalnym najpierw w Rzymie, a potem w Paryżu.
W elektronicznej Encyclopedia Britannica Brezie poświęcone jest jedno zdanie: “Tadeusz Breza published Spiżowa brama (1960; “The Bronze Gate”), a keen description of life in the Vatican.” Gdy jeszcze trochę polata się po sieci widać, że jego książki watykańskie na Zachodzie cieszyły się i cieszą do dziś pewnym powodzeniem (świadczy o tym chociażby fakt, że zostały przetłumaczone na wiele języków).

Swoją drogą zastanawiający jest fakt wydania i Bramy, i Urzędu za komuny. Ton jest oczywiście zdecydowanie “pro-nowo-polski”, a Watykan i ówczesny papież w żadnym wypadku nie są odmalowywane na klęczkach, ale jednak… Wieje tam wolną myślą, szerokimi horyzontami i nonkonformizmem. Breza dając nam prawo do krytycznego spojrzenia na “system” watykański, jednocześnie zatwierdza przecież prawo jednostki do krytycznej oceny każdego systemu. Tym bardziej, że w każdym działają te same siły, gaszące natychmiast każdą wolną myśl i sprzeciw. Zresztą analogie pomiędzy Komunizmem prześladującym swoich przeciwników, a Kościołem stosującym przez wieki te same metody terroru są oczywiste.
Czy nasza cenzura tego nie widziała?... Czy widziała i uznała to za idealny “wentyl” oraz chorągiewkę do machania z napisem “proszę, jacy tu za żelazną kurtyną jesteśmy tolerancyjni i otwartogłowi”?... Czy też rzeczywiście fenomenem polskiej komuny była przedziwna mieszanka starego z nowym? - tak jak opisywany w Spiżowej Bramie zdumiewający mariaż państwa komunistycznego i kościoła katolickiego, który w tamtym momencie się rozpoczął, a wiemy, czym się skończył.

Zapewne się nie dowiem. Ale cieszę się, że Brezę wysłano na placówkę do Rzymu i wydano jego watykańskie książki, bo są znakomite. Najbardziej chyba lubię w nich brak zadęcia i siłowego przeprowadzania jakiejś tezy. Są skromnymi, drobiazgowymi obserwacjami krążącymi wokół jednego tematu. A jeśli chodzi o Bramę, która nie jest jak Urząd powieścią, a serią zapisków, to na dodatek obserwacjami rządzącymi się w dużej mierze przypadkiem, bo związanymi z tym, co akurat się działo w czasie jego pobytu we Włoszech. A akurat pod koniec jego pobytu umiera papież! Czy jakikolwiek autor piszący o Watykanie mógł sobie wymyślić bardziej stosowne zakończenie?... Sekretem Brezy jest to, że podaje danie, ale strawić musimy je sami. Nie żeby w ogóle nie ujawniał swojego stanowiska, jak już mówiłam jego sympatie są oczywiste, ale opisuje je w taki sposób i na tak szerokim tle, iż rozumiemy bez żadnych wątpliwości, że to tylko stanowisko.

Sama zastanawiam się dlaczego taką satysfakcję czerpię z tych dwóch książek, co nie zmieniło się przez tyle lat, a przecież tylu moich dawnych faworytów “się zastarzało”. Tym bardziej, że tematyka kościelna jest mi nawet nie tyle obca, co najzupełniej obojętna.

Zapewne dzieje się tak dlatego, że Watykan jest tylko przedziwną formą społeczną, tak odległą mi i nieznaną, że aż fascynującą. A z drugiej strony to właśnie Państwo Kościelne przez wieki kształtowało nasz europejski sposób pojmowania świata, naszą kulturę, sztukę, moralność i obyczaje, i zajrzenie od kuchni daje do myślenia.

A Nelly trochę rozczarowuje. Ale doczytam do końca, skoro już zaczęłam.

Tadeusz Breza
Caption: lata 50-te, Warszawa, Polska.
Pisarz, radca kulturalny ambasady polskiej w Rzymie Tadeusz Breza.
Fot. Irena Jarosińska, zbiory Ośrodka KARTA


PS
Dla ciekwaych smaczków - kronika z 1946 z przyznanie Brezie nagrody Literackiej za Mury Jerycha z fragmentem przemówienia Laureata...
http://www.kronikarp.pl/szukaj,35182,tag-689429,strona-1

Jan 11, 2014

ALE PO CO TYLE TARZANIA?




Współczesna i „nowoczesna” interpretacja Szekspira w Teatrze Powszechnym utwierdza tylko w przekonaniu, że Szekspir się zestarzał.
To już wolę czytać go i oglądać w wersjach „historycznych” – przynajmniej człowiek przyjmuje to jako świadectwo epoki; tamtych ludzi, tamtego sposobu myślenia i odczuwania, i tamtych – naiwnych czasem – teatralnych wzruszeń.

„Romeo i Julia” w reżyserii Grażyny Kani nie wzrusza ani nie nawet niespecjalnie zaciekawia. Momentami irytuje – z jednej strony szekspirowska fabuła, która w ten sposób przeniesiona we współczesne realia drażni naiwnością. A z drugiej – i to o wiele bardziej – nachalne epatowanie wulgarnością, niczemu nie służącą, jak na przykład kuriozalne włożenie sobie ręki księdza przez Julię między nogi, stojące w zupełnej sprzeczności ze zbudowaną przez nią postacią… jakie to ma mieć uzasadnienie? Rubaszność Szekspira w scenach komediowych, to jedno, język Barańczaka, to drugie – wszystko to kupuję, ale ta dodatkowa warstwa made in Kania to niestety sprawia wrażenie taniego, żałosnego efektu, który ma zbulwersować?... poruszyć?... wstrząsnąć?... Kim?... Na sali, oprócz paru stałych bywalców teatralnych, których te popłuczyny po awangardzie teatralnej na pewno nie ruszają, siedziała grupa starszych pań z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Nawet one nie były „wstrząśnięte”, a lekko znudzone. Usłyszałam jeden komentarz : „Ale po co tyle tarzania?”
No właśnie. Strasznie ciągnie biednych aktorów do podłogi, a podłogę do nich, tylko śmierć Romeo i Julii odbywa się na siedząco, jakby na przekór ogólnej podłogowej tendencji. Co w sumie widownia przyjmuje z ulgą po tylu wcześniejszych niczemu nie służących występach w poziomie.

Również kompletnie chybiona jest próba dodania własnej reżyserskiej interpretacji i drugiego dna do wątku Tybalta. Obsadzając w tej roli kobietę (Aleksandrę Bożek) i każąc jej obmacywać po imponderabiliach i całować w scenie walki i śmierci z zabitym przez nią/niego Merkucjem, reżyserka sugeruje… wszystko jedno, co sugeruje. Są to sugestie tak żałosne i tak na siłę robione, że niemal wzruszają swoją głupotą.
Aktorzy grają w większości dobrze – może to zdziwi  po wcześniejszych moich słowach krytyki. Ale łatwo rozdzielić warsztat i wrażliwość aktorską od narzuconej przez reżysera nadinterpretacji. Zapewne powinnam raczej powiedzieć – graliby dobrze, gdyby nie mieli wciąż do odgrywania rzeczy wymyślonych, nieprawdziwych, nie trzymających się kupy. Najlepsze wrażenie robi Julia (Katarzyna Zielińska) – bo… mój boże, w teatrze sprawdza się to po raz kolejny… jest najbardziej „prawdziwa”. W jej wypadku nie czuje się siłowego „pompowania” emocji; nawet gdy krzyczy, to jako jedna z niewielu postaci krzyczy „ze środka”. Dziewczyna myśli, odczuwa, reaguje – jest przekorna, trochę zabawna, trochę mądra-trochę głupiutka, ale jest zbudowaną rzetelnie i wiarygodnie  p o s t a c i ą. Romeo (Jacek Beler) jest już zbyt przekombinowany, choć niewątpliwie to interesujący aktor. Ale trochę trudno mu przebić się do widowni przez swoją, często podzwaniającą pustką, nadekspresyjność (znowu te tarzanki J).

Proszę dobrze mnie zrozumieć – nie jestem fanatyczką teatru typu Stanisławski. Awangarda czy zabawa formą to coś, co jak najbardziej mnie kręci, zapewne o wiele bardziej od teatru tradycyjnego. Ale nie w tak naiwnym, że prawie śmiesznym wydaniu.

Żeby już tak nie mędzić i nie narzekać wyłącznie to parę lepszych słów o… właściwie trudno mi powiedzieć, o czym konkretnie. Scenografii?... Wizualnej wyobraźni reżyserki?... Same obrazy, te na plakatach, w reklamującym spektakl filmiku na YouTube, fotosy z przedstawienia, niosą w sobie jakąś tajemnicę i obietnicę czegoś znacznie lepszego, głębszego, delikatniejszego i mądrzejszego, niż podzwaniające pustką i epatujące tanimi efektami przedstawienie Kani.

Gdyby to było przedstawienie baletowe!… Niedopowiedzenia zostawiają przynajmniej miejsce dla wyobraźni.

Gdy nie ma się nic do powiedzenia, najlepiej milczeć.




Dec 8, 2013

OD CHMURY DO CHMURY SKOJARZEŃ




W jednym z wywiadów David Mitchell wyznał, że tytuł “Atlas Chmur” zapożyczył od japońskiego kompozytora Toshi Ichiyanagi (pierwszego męża Yoko Ono), który tak nazwał któryś ze swoich utworów.

To poniekąd symptomatyczne - “Atlas chmur” jest zlepkiem różnych odniesień, cytatów, zapożyczeń. Czasem bardziej bezpośrednich, czasem tylko echem ech, z którego być może sam autor nie zdaje sobie sprawy. Wszyscy jesteśmy wielkimi śmietnikami, do których zostały wrzucone tysiące historii, obrazów, myśli i uczuć, całe dziedzictwo kultury i historii, przemielone i zmieszane z naszymi osobistymi doświadczeniami, i zniekształcone w krzywych zwierciadłach naszych niedoskonałych umysłów i zawodnej pamięci. Mitchell z tej niejednorodnej gliny lepi swój chmurny kolaż i, żeby nie wyglądał na przypadkowy zlepek, nadaje mu bardzo precyzyjną formę. Też nic nowego pod słońcem, powieść szkatułkowa, w której jedna historia zawiera się w drugiej i do niej prowadzi. Podobno bezpośrednią inspiracją formalną jest wydana w 1979 r. powieść “If on a winter's night a traveler” (Se una notte d'inverno un viaggiatore) włoskiego pisarza Italo Calvino. Nie wiem, nie czytałam. Oryginalnym pomysłem Mitchella jest zastosowanie w ramach jednej wyrafinowanej formy drugiej - “lustrzanego odbicia”, ponieważ od połowy wątki powracają, by domknąć się w odwróconej kolejności.

Sześć różnych historii, ułożonych chronologicznie (a w drugiej części anty-chronologicznie) ma nas przekonać, że ludzie, ze swoją żądzą władzy za wszelką cenę, pazernością i okrucieństwem, nie zmieniają się wcale. Zmianie ulegają wyłącznie dekoracje, w jakich ich dramaty są odgrywane. Sam autor mówi o tym tak:
“Literally all of the main characters, except one, are reincarnations of the same soul in different bodies throughout the novel identified by a birthmark...that's just a symbol really of the universality of human nature. The title itself "Cloud Atlas," the cloud refers to the ever changing manifestations of the Atlas, which is the fixed human nature which is always thus and ever shall be. So the book's theme is predacity, the way individuals prey on individuals, groups on groups, nations on nations, tribes on tribes. So I just take this theme and in a sense reincarnate that theme in another context…” (Bookclub - BBC Radio 4, 2007)

Wątki:
Adama Ewinga Dziennik Pacyficzny
Listy z Zedelghem
Okresy Półtrwania. Pierwsza zagadka Luisy Rey
Upiorna udręka Timothy’ego Cavendisha
Antyfona Sonmi-451
Bród Sloshy i wszystko co potem

To jakby sześć osobnych powieści i sześć różnych stylów literackich, które zabierają nas w rozciągniętą w czasie i przestrzeni podróż - od wysp na Pacyfiku w roku 1850, poprzez Europę lat międzywojennych, lata siedemdziesiąte w Kaliforni, czasy nam współczesne - Wielka Brytania, i dwa wątki futurystyczne - korporacyjna Korea, oraz Hawaje - świat po końcu świata.

To chyba najlepszy moment, żeby wspomnieć niezwykłą pracę, jaką wykonała tłumaczka Atlasu - Justyna Gardzińska. Każdy z wątków przetłumaczony jest wzorowo; język zmienia się nie do poznania i doskonale oddaje słownictwo, frazę i niezwykłe bogactwo oryginału. Praca wyjątkowo trudna, ponieważ Mitchell bawi się słowem, igra z angielskim dziewiętnastowiecznym i  współczesnym, naśladuje różne style literackie, a także tworzy dwie odmiany angielskiego przyszłości… Atlas słów i pojęć zanurzony w metafizycznej mgiełce i z poprawką na indywidualne cechy poszczególnych postaci… Translatorskie piekło i powód do dumy - przekład najwyższego słownego lotu. Gratulacje!

Asocjacje literackie:
Kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron, natychmiast pomyślałam sobie: O, “Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Ta sama rubaszność i oceaniczność, ten język przaśny a dosadny, te żałosne peregrynancje głównej, dość przeciętnej postaci… Fatalistyczne pogodzenie z nieprawdopodobnymi zakrętasami losu, dziecięca naiwność w doborze najgorszych z możliwych przyjaciół. Podobieństw wiele, choć i różnic dużo pomiędzy Poetą Lauretem wyruszającym do amerykańskiej Ziemi Obiecanej na przełomie XVII i XVIII wieku, a prostodusznym notariuszem z Kaliforni wyruszającym w sprawach spadkowych ku kolejnym “ziemiom obiecanym”, czyli wszędzie tam, gdzie trzeba kogoś słabszego złupić, by samemu dobrze się obłowić.

Wątek drugi natychmiast przeniósł mnie w nastroje z “Doktora Faustusa” Tomasza Manna. Poźniej przeczytałam w Wikipedii, że postaci wielkiego kompozytora i jego asystenta wzorowane są na Fredericku Deliusie i Ericu Fenby’m. Nie ma tu oddania duszy diabłu za geniusz muzyczny, ale oddanie się duchem i (w zasadzie) ciałem syfilistycznemu (jak u Manna) i apodyktycznemu starcowi i całej jego dość dziwacznej rodzinie. Rzecz o utracie duszy (i życia) na ołtarzu sztuki. Rezultat: Sekstet “Atlas chmur”.

Okresy Półtrwania to natychmiastowe skojarzenie z Jane Fondą, a także wszystkim amerykańskimi filmami, gdzie samotna kobieta (np. Julia Roberts w “Raporcie Pelikana”), walczy ze skorumpowanym światem wielkich korporacji sterujących pozornie demokratycznym amerykańskim państwem. Oryginałów literackich - np. Johna Grishama - nie czytałam, bo jakoś ten dział literatury (jak dotąd) mnie nie wciągnął, ale na odległość podziwiam ich kunszt i zmyślność (a także komercyjny sukces).

Upiorna udręka Timothy’ego Cavendisha jest bardziej złożonym tworem (a może po prostu nie przeczytałam książki, która bardziej bezpośrednio skojarzyłaby mi się z tym wątkiem). Ze względu na wisielcze poczucie humoru to chyba mój ulubiony wątek. I jedyny kończący się happy endem (chyba że za happy end uznamy zakończenie podróży Adama Ewinga). Od momentu, gdy pechowy wydawca kiepskiej literatury trafia do Domu Spokojnej Starości i zostaje tam uwięziony, represje, którym jest poddawany, przynoszą nieuchronnie skojarzenie z “Lotem nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya. Tylko że 66-letniemu Thimothy’emu i paru jego kolegom tetrykom udaje się, w przeciwieństwie do McMurphiego, przechytrzyć system i uciec na wolność. Ot, taka sobie, podnosząca na duchu bajeczka.  Bez morału, ale dająca do myślenia.

Dwa wątki futurystyczne (a zwłaszcza pierwszy z nich -  o Somni, klonie pracującym w spotworniałym punkcie FastFoodowym), zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Sugestywny obraz tych przyszłych światów i ich nieuchronność, jeśli pomyślimy o kierunku, w jakim wszyscy krok po kroku podążamy, wciąga i poraża.

Zamiast zakończenia:
“Atlas chmur” - 535 stron fascynującej lektury. Barokowość, postmodernizm i fantasy w jednym, jeśli ktoś lubi etykiety (te wybrałam jak najbardziej arbitralnie, każdy może sobie dolepić swoje).
Na pewno GODNE PRZECZYTANIA.

Dec 2, 2013

RZECZ O POŚLIZGACH - AKOMPANIATOR



Spóźnione wyznania:
Akompaniator wyznaje miłość artystce operowej po trzydziestu latach znajomości. Te zapiski o sztuce w warszawskim Teatrze Syrena powstają po czterech latach od premiery. Ale zarówno uczucie, jak i wrażenia artystyczne nie muszą się zestarzeć; niektóre dojrzewają latami jak wino dobrego gatunku.

Spektakl w Syrenie ma wyraźnie wszelkie cechy spektaklu “dojrzałego”, uleżanego. Wszystkie szczegóły dopracowane, niuanse rozegrane z prawdziwą znajomością rzeczy, pauzy na śmiechy widowni wplecione bezszwowo w kanwę opowieści. Choć podobno nie jest grany często, przynajmniej na deskach teatru, w którym powstał.

Anna Śleszyńska ma głos i potrafi go przekonująco wykorzystać, tworząc wiarygodną postać nie najmłodszej śpiewaczki o niezbyt udanej karierze i po niezbyt udanych wielu miłosnych związkach.
Partneruje jej Jan Jankowski, zmieniony dzięki charakteryzacji w nieatrakcyjnego, a dzięki grze w pokręconego psychicznie mężczyznę w wieku średnim, tajemnie od lat zakochanego w divie.

Reżyser, Grzegorz Chrapkiewicz, zaproponował konwencję komedii, ocierającej się z jednej strony o farsę, a z drugiej o dramat psychologiczny. Dość dziwne to połączenie, choć przeważająca otoczka zabawowa dość łatwo pozwala przełknąć gorzką pigułkę ludzkiego nieszczęścia.
Nie jestem pewna, czy pokazanie tych postaci w cudzysłowie i wyciąganie każdego słownego dowcipu na pierwszy plan pomaga dramatowi czy mu przeszkadza. Innymi słowy, czy w samym materiale literackim autorstwa Anny Burzyńskiej, jest miejsce na głębszą zadumę nad ludzkim losem czy nie.
Wydaje mi się, że raczej to drugie i że para doświadczonych aktorów wyciągnęła z tego tekstu wszystko, co tylko się dało, by wieczór dla widzów minął z jak największym pożytkiem. Jeśli nie intelektualnym to rozrywkowym. Rozrywka jest na znakomitym poziomie, z mijającymi minutami fabuła coraz bardziej nas zaskakuje, a postaci odjeżdżają w surrealizm, zręcznie prześlizgując się przez pułapki nieprawdopodobieństwa i balansując tuż na granicy niewiarygodności, a widownia śmieje się szczerze i często.  

Warto szczególnie przyjrzeć się grze Jana Jankowskiego, który stworzył swojego akompaniatora bardzo precyzyjnie i świadomie. Postać ewoluuje wraz z rozwojem wydarzeń i wszystkie zmiany - nawet te od skrajności w skrajność - dzieją się w ramach jednego i tego samego portretu psychologicznego, rysowanego wprawdzie dość grubą kreską, ale bardzo konsekwentnie. Akompaniator w sztuce kilkakrotnie zaskakuje nas odsłaniając zupełnie nowe oblicze, by w końcu zatoczyć koło i powrócić do punktu wyjścia. Ale teraz widzimy go już zupełnie inaczej, dzięki dość przerażającej wiedzy, jaką na jego temat zdobyliśmy.
Śpiewaczka też jest postacią znacznie bardziej złożoną, niż mogłoby się zdawać na początku, a jej życie to w zasadzie pasmo klęsk - zawodowych i osobistych.
Sztuka skonstruowana jest jednak tak, że nie współczujemy tym postaciom, ale przynajmniej przyglądamy się ich relacji z prawdziwym zainteresowaniem.

Reasumując:
Jeśli ktoś ma ochotę poślizgać się po powierzchni rzeczy dość przerażających i dobrze przy tym ubawić - szczerze i serdecznie spektakl ten polecam.

Nov 20, 2013

ZBYT WIELE SZCZĘŚCIA?



Do laureatów Literackiej Nagrody Nobla podchodzę z zasady nieufnie - o ile sama ich wcześniej nie odkryłam. Nie pędzę do najbliższej księgarni, żeby nagle wykupić wszystkie książki autora, którego dotąd nie znałam, i nie zaczynam się nim zachwycać. Taki gremialny pęd raczej odstrasza mnie, niż zachęca. Wolę chadzać, tam, gdzie nikt nie chadza. Choć to w zasadzie głupie. Przecież warto wiedzieć, co inni czytają i cenią.
Mnie się chyba w tym wszystkim czka z jednej strony komuną (mam uraz do imprez masowych), a z drugiej konsupcyjnym kapitałem (tłumny pęd do tego, co najlepiej “się sprzedaje”). Ot, śmieszna schizofrenia człowieka rozkraczonego między dwoma epokami.

Alice Munro do poczytania dostałam od przyjaciółki - ech, te przyjaciółki, dbają, jak widać, o mój rozwój duchowy i kulturę osobistą!
Opowiadania oczywiście; tytuł zbioru “Zbyt wiele szczęścia”. Książka rzetelnie gruba (takie lubię), papier pachnie ładnie, pani Alice też ładnie uśmiecha się ze zdjęcia na skrzydełku - początek obiecujący. Otwieram, czytam… Jedno opowiadanie, drugie, trzecie.
Nie będę Was dłużej trzymać w napięciu… to małe-wielkie majstersztyki. Bardzo oryginalnym głosem pisane, bardzo wciągające. Świat opisywany detalicznie, a jednoczeście syntetycznie. Opowieści często  obejmują prawie całe życie bohatera, jakby próbując je uporządkować według jakiegoś pokrętnego algorytmu, do którego czytelnik nie ma w zasadzie dostępu. W tej magicznej stylistyce niejednoznaczności odpowiedzi jednoznaczne nigdy nie padają. Albo czasem padają. A nawet kilka różnych. Jednocześnie.

Opowieści są mroczne czy o mrok się ocierające, ale z drugiej strony niewymuszona codzienność tego mroku sprawia, że nie jest nam straszny. Że przeżywamy go wraz z bohaterem jako Doświadczenie cenne dla niego i dla nas samych, nic więcej, nic mniej.

Odkładam książkę z wrażeniem, że napisała ją wielka pisarka, mistrzyni słowa i nastroju; prawdziwa koronczarka snująca swoje magiczne wątki i prowadząca czytelnika do miejsc, w które sam by nigdy nie trafił.
Ale czy stanie na mojej półce z ulubionymi książkami?
Raczej nie. Porusza mój umysł, wzbudza mój podziw, ale...

Nie znaczy to, że za jakiś czas nie sięgnę po nią znowu - w końcu, jak sama Munro uczy w swoich opowiadaniach, najbardziej niespodziewani bywamy dla siebie samych.

Nov 18, 2013

MASŁOWSKA VIA GLIŃSKA





Wczoraj byłam, dziś przetrawiam.
Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku, sztuka w reżyserii Agnieszki Glińskiej, Teatr Studio. Dramat Doroty Masłowskiej, parokrotnie już wystawiany. Żadnej z poprzednich inscenizacji nie widziałam, również nie znam wersji radiowej zrobionej przez Glińską w 2009 r. Od razu przyznam - do Masłowskiej podchodzę jak pies w wrażliwym nosem powinien podchodzić do jeża. Nie moja bajka. I żeby nie było nieporozumień - to raczej ja jestem literackim dziwakiem, nie ona. Kogo jeszcze dziś obchodzą teksty, które obchodzą mnie? Nikogo. A Masłowska płynie z życiem, jest tu i teraz, aktualna, realna aż do bólu.
Zawierzyłam jednak rekomendacji przyjaciółki, która była na premierze i powiedziała z pełnym przekonaniem: “Będzie ci się podobać”. I miała całkowitą rację. Siedziałam całkowicie pochłonięta dramatem ludzi odbywającym się na moich oczach, o dwa kroki ode mnie. Było to fascynujące i straszne, i strasznie śmieszne. Bez tej ogromnej dawki humoru opowieść byłaby nie do strawienia, przynajmniej dla mnie. Ten wielokrotnie omawiany, wyklinany czy apoteozowany język Masłowskiej nie był tylko banalnym nośnikiem żartu słownego, ale bytem samym w sobie, czymś, co budowało bohaterów i ich żałosny dramat na równi z grą aktorską i zamysłem inscenizacyjnym. Nie dziwię się zupełnie Glińskiej, że kiedyś zrobiła z tego słuchowisko.
Ale ten spektakl to coś znacznie więcej niż słowa. Typowy dla teatru język symbolu czy umowności (żeby nie latać za wysoko) bardzo przydał się tekstowi, dodając całej banalno-głupiej (gdyby odedrzeć ją z wszystkich dodatków) historii dodatkowy, znacznie głębszy wymiar. I oto na naszych oczach rozgrywa się prawdziwa Tragedia. Jej poszczególne elementy to Głupota, Banał, Zakłamanie i dominująca Samotność. Fakt, że niektóre role męskie grają kobiety i na odwrót, jest zabiegiem, który od razu nam mówi, że to nie Big Brother, czyli czyste podglądactwo kaszanki życia (czyli to, o co Masłowską, jak widać niesłusznie, zawsze podejrzewałam). Już pierwsza scena buduje dystans i ustawia nawias: jakby ze slapstickowej komedii wprost wyjęta - para mały i duży policjant; duży to kobieta w kozaczkach (bardzo zgrabne nogi nota bene), grana przez mężczyznę. A mały to wąsata i baczkowata, jak z policyjnych seriali lat siedemdziesiątych, kobieta. Te zamiany ról podkreślają żałosną śmieszność codzienności i groteskowość pospolitości.

"Jest to najbardziej ponura rzecz jaką napisałam i chyba najpoważniejsza, niezależnie od tego, że jest całkiem śmieszna" - mówiła Masłowska. - "Jest o dwojgu młodych ludzi, którzy wpychają się kierowcom do samochodów, twierdząc że są bardzo biednymi Rumunami mówiącymi po polsku. Pierwsza część tekstu to ich amok i maligna, druga to nagłe przebudzenie gdzieś w środku Polski, nagła samotność, obcość i rozpoczynająca się między nimi psychiczna walka na śmierć i życie." ("Didaskalia" 2006, nr 72)

Jeśli komuś Masłowska nie leży, sztukę warto obejrzeć chociażby dla gry aktorskiej. Zna ko mi ta. Postaci wyjęte prosto z brukowej codzienności, a przy tym w jakiś magiczny sposób ciągnące za sobą metafizyczny cień. Nie wiem kogo mam chwalić najbardziej. Głównego bohatera, Parcha, czyli Marcina Januszkiewicza, który uniósł na swych barkach wysoką wieżę z setek talerzy poustawianych jeden na drugim i balansował nimi z niewiarygodną wręcz zręcznością? Ta nieudolna metafora miała wyrazić mój podziw dla wielowymiarowości jego tak płaskiej, mogłoby się z pozoru wydawać, postaci. Gra aktorzynę serialowego, który posunął się o krok za daleko na jednej z imprezek, pewnie nie po raz pierwszy, ale tym razem życie z niego zakpiło przenosząc go w rejony, z których może nie być powrotu. Wiele scen gra bardzo organicznie, wcielając się w nieprzewidywalnego w swych humorach bandytę, sentymentalnego czarodzieja, skacowanego aktora przerażonego utratą pracy i nie mogącego odżałować straconych na haju 5 tysięcy. Ale czasem dystansuje się sam do siebie i wygłasza teksty jakby spoza, jakby był obserwatorem, a nie uczestnikiem tragifarsy, w którą się zaplątał… I nie ma w tym żadnej sztuczności, żadnego zgrzytu. Myślę, że tu należy się ukłon reżyserce za tak umiejętne wycieniowanie postaci.

A może Agnieszkę Pawełkiewicz? - za rolę Dżiny, tak prawdziwą, że można ją łyżkami jeść i do serca przytulić z jej całą głupotą, zagubieniem, dziecinną emocjonalnością i traumą. Te zmiany nastrojów, ta bezbronność, nawet brzmienie głosu… Te srebrne szpilki i mazanie długopisem po nogach. I ta pustka - w niej, za nią i przed nią. Niesamowite.

Czy wreszcie Monikę Krzywkowską za jej różne Tak Różne wcielenia (ta pijana, zdradzana przez męża zadbana pięćdziesięciolatka to majstersztyk, a zakłamany, żałosny Kierowca - aż trudno uwierzyć, że to ta sama kobieta!).
Długo nie zapomnę tych postaci na miarę, - a co mi tam, strzelę z grubej rury! - Tarantino. Ktoś przyrównywał te kreacje do postaci kina włoskiego, ale tam wieje mi zawsze jakimś emocjonalnym uproszczeniem, sentymentalizmem, łzawością. A tu mamy ostrze brzytwy i nie ma przebacz. I dużo czarnego humoru.

Nic dodać, nic ująć. Najlepiej zobaczyć.