Showing posts with label Lem. Show all posts
Showing posts with label Lem. Show all posts

May 8, 2014

CZYTAT TYGODNIA: W SMUDZE CIENIA



“Między trzydziestką a czterdziestką, bliżej drugiej: smuga cienia — kiedy już przychodzi akceptować warunki nie podpisanego kontraktu, narzuconego bez pytania, kiedy wiadomo, że to, co obowiązuje innych, odnosi się i do ciebie, że z tej reguły nie ma wyjątków: chociaż to przeciwne naturze, należy się jednak starzeć. Dotąd robiło to po kryjomu ciało — tego już nie dość. Wymagana jest zgoda. Młodzieńczy wiek ustanawia jako regułę gry — nie, jako jej fundament — niezmienność własną: byłem dziecinny, niedorosły, ale już jestem prawdziwym sobą i taki zostanę. Ten nonsens jest przecież podstawą egzystencji. W odkryciu bezzasadności tego ustalenia zrazu tkwi więcej zdziwienia niż lęku. Jest to poczucie oburzenia tak mocne, jakbyś przejrzał i dostrzegł, że gra, do jakiej cię wciągnięto, jest oszukańcza. Rozgrywka miała być całkiem inna; po zaskoczeniu, gniewie, oporze zaczyna się powolne pertraktacje z samym sobą, z własnym ciałem, które można by wysłowić tak: bez względu na to, jak płynnie i niepostrzeżenie starzejemy się fizycznie, nigdy nie jesteśmy zdolni dostosować się umysłowo do takiej ciągłości. Nastawiamy się na trzydzieści pięć, potem na czterdzieści lat, jakby już w tym wieku miało się zostać, i trzeba potem przy kolejnej rewizji przełamania samoobłudy, natrafiającego na taki opór, że impet powoduje jak gdyby nazbyt daleki skok. Czterdziestolatek pocznie się wtedy zachowywać tak, jak sobie wyobraża sposób bycia człowieka starego. Uznawszy raz nieuchronność, kontynuujemy grę z ponurą zaciekłością, jakby chcąc przewrotnie zdublować stawkę; proszę bardzo, jeśli ten bezwstyd, to cyniczne, okrutne żądanie, ten oblig ma być wypłacony, jeżeli muszę płacić, chociaż nie godziłem się, nie chciałem, nie wiedziałem, masz więcej, niż wynosi zadłużenie — podług tej zasady, brzmiącej humorystycznie, gdy ją tak nazwać, usiłujemy przelicytować przeciwnika. Będę ci tak od razu stary, że stracisz kontenans. Chociaż tkwimy w smudze cienia, prawie za nią, w fazie tracenia i oddawania pozycji, w samej rzeczy wciąż walczymy jeszcze, bo stawiamy oczywistości opór, i przez tę szamotaninę psychicznie starzejemy się skokami. To przeciągamy, to nie dociągamy, aż ujrzymy, jak zwykle zbyt późno, że cała ta potyczka, te samostraceńcze przebicia, rejterady, butady też były niepoważne. Starzejemy się bowiem jak dzieci, to znaczy odmawiając zgody na to, na co zgoda nasza jest z góry niepotrzebna, bo zawsze tak jest, gdzie nie ma miejsca na spór ani walkę — podszytą nadto załganiem. Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadna zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp — treścią właściwą; nadzieje — mrzonkami; nie obowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie — jedyną zawartością życia. Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić milcząc, bez strachu, a jeśli się da — i bez rozpaczy.”
(Stanisław Lem, Opowieści o pilocie Pirxie: Ananke)



No comments.

P.S.
Ilustracja trochę na wyrost - chyba nie zaszliśmy już tak daleko?....

Apr 26, 2014

RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA


Właśnie minął rok. Plecak, z którego byłam tak dumna - bo wraz z całą zawartością (w tym - śpiworem) ważył 6,1 kg - dawno już rozpakowany, a wrażenia, jakie przywiozłam z tej podróży wciąż leżą w nieporządnych kupkach, tak jak zrzuciłam je z ramion zaraz po przyjeździe. Uporządkowanie zdjęć nie pomogło w zlikwidowaniu chaosu w mojej głowie.

A może po prostu się nie da objąć rozumem tego egzotycznego oceanu wrażeń, jakimi są Indie i Nepal? W Indiach wprawdzie byłam po raz drugi, ale i tak nic człowieka nie jest w stanie przygotować na to tzunami dźwięków, kolorów, zapachów, na ten kocioł życia, który tam wrze bezustannie. I na wszystko Innością emanujące, co narzuca się naszym zmysłom z taką intensywnością, że w w którymś momencie “niemiejemy”. Nie z zachwytu, o nie, z czystej niemożności absorbowania czegokolwiek więcej. To przedziwne wrażenie pamiętam najmocniej z naszej pierwszej przechadzki po Kathmandu. Wraz z zagłębianiem się w wąskie i niesamowicie poplątane uliczki starego miasta, wypełnione mrowiącym się tłumem ludzi, rikszami, rowerami i wałęsającymi się psami, coraz bardziej musiałam zawężać obraz percepcji, bo czułam, że już więcej, ani kropla, nie zmieści się w mojej przepełnionej głowie. Starałam się skupiać na robieniu zdjęć, nie rozglądając się za bardzo i zawężając swoje widzenie do małego prostokąta ekranu. Trzymałam się go, jak dawny pielgrzym do Ziemi Świętej zapewne ściskał w spoconej dłoni swój swojski brewiarz czy medalik na widok owych dziwadeł wszelakich i bezbożnych egzotyczności.

To wrażenie osiągnęło apogeum na Durbar Square, gdzie wpadliśmy w środek przygotowań do jakiegoś święta. Następnego dnia miała pokazać się wiernym mieszkająca w pałacu przy placu obecna Kamari - mała dziewczynka, ucieleśnienie bogini Taleju (aż do pierwszej miesiączki, kiedy bogini opuszcza jej ciało, a w pałacu zastępuje ją inna Kamari). Nieopodal stał ogromny wóz zapewne służący do  procesji, z nabudowaną kilkunastometrową ozdobną wieżą, rodzajem bardzo wydłużonej choiny - na którym roiło się od małych chłopców. Nie był to wóz Kamari, ta ma swój złocony, na płozach, które służą do tego, by rozentuzjazmowani wyznawcy mogli nieść boginię, ledwo widoczną spod warstw krzykliwego makijażu - na ten tylko zerknęliśmy przez szparę w drewnianych, pałacowych wrotach. 

Tłum krążył tam i z powrotem, hałas taki, że trudno usłyszeć własne myśli - bębenki, gwizdki, trąbienia, nawoływania żebraków i nachalne nagabywanie handlarzy. No i święte krowy stojące lub leżące tu i tam. I miliony… gołębi, które co raz podrywały się z trzepotem skrzydeł do lotu. Zapach kadzideł palących się przed monstrualnie wykrzywionymi, pomalowanymi w dzikie kolory twarzami jakichś bogów czy demonów… Poznawanie samego Dubar Square z wszystkimi jego chyba 50 świątyniami, kompleksem pałaców królewskich (w tym skrzydła z wielkim  dziedzińcem przeznaczonym specjalnie do umierania władcy), figurami bóstw, inskrypcjami, płaskorzeźbami oraz ich historią i religijnym znaczeniem, to zadanie na całe życie… A ja spędziłam tam tylko jedno popołudnie, bo następnego dnia, gdy wędrowałam sama po mieście, nie mogłam trafić w to miejsce. Chętnie pokazałabym wam mapę, którą dostałam w hotelu - nic się nie zgadzało, a zresztą poplątane uliczki miały nazwy tylko na papierze.

Myślę, że podobnie czuł się czarny mieszkaniec Afryki przywieziony przez białego pana do Londynu w XVII wieku. Albo to samo przeżyłby ktoś zamrożony w naszych czasach, a kogo odmrażają nasi potomkowie, i musi przyswajać całą obcą kulturę, prawie nic z niej nie rozumiejąc.
Jak to było “Kongresie futuroligicznym”?:
“12 VIII 2039. Wziąłem na odwagę, by spytać przechodniów o księgarnię. Wzruszali ramionami. Gdy oddaliło się dwu, których nagabywałem, doszły mnie słowa: — A to ci sztywny defryzoń. — Czyżby istniało uprzedzenie wobec odmrożeńców? Zapisuję dalsze nieznane wyrażenia, jakem je słyszał: pojąt, wcier, trzywina, samiczniak, pałacować, bodolić, pałcić, syntać. Gazety reklamują takie produkty, jak ciotan, czujan, wanielacz, łechtomobil (łechtawka, łecht). Tytuł notatki miejskiej kroniki w „Heraldzie”: Od półmatka do półmatka. Mowa w niej o jakimś jajkonoszu, który pomylił jajnię. Odpisuję z dużego Webstera: Półmatek, jak półbabek, półgęsek. Jedna z dwu kobiet, kolektywnie wydających na świat dziecko. Jajkonosz — od (anachr.) listonosz. Euplanista dostarczający licencyjnych jajeczek ludzkich do domu. Nie powiem, żebym to rozumiał.”
Lem jak to Lem, bawi się językiem, chcąc zademonstrować zupełną obcość nowego świata, w którym znalazł się “defryzoń”, czyli Ion Tichy po odmrożeniu.
“Chodzę wiele po mieście. Umiem już poruszać się gnakiem. To łatwe. Kupiłem sobie amarantowy żupanik z białym frontem, srebrnymi bokami, amarantową wstęgą, złoto lamowanym kołnierzem. To jest najmniej jaskrawy ze strojów, jakie teraz się nosi. (…) Nie będę niczego wieszał ani w uszach, ani w nosie. Ulotne wrażenie, że ludzie, tacy ładni, duzi, mili, grzeczni i spokojni, są jeszcze do tego jacyś — jacyś osobni, specjalni — coś w nich jest takiego, co mnie dziwi, a co najmniej zastanawia. Tylko co to być może — pojęcia nie mam.”

Wędrując ulicami Kathmandu, Bhaktapur, Varanasi, Delhi przyglądałam się ludziom, a oni mnie. Dwa światy, których orbity na chwilę się przecinają - zadziwiające nawzajem dla siebie. Spojrzenia z jednego brzegu na drugi; badawcze, uważne, sondujące. 




Spojrzenia z równoległej rzeczywistości.

Apr 2, 2014

FUTUROLOGIA STOSOWANA


“…Astronautyka jest dziś formą ucieczki od spraw ziemskich. Każdy, kto ma ich dość, wyrusza w Galaktykę, licząc na to, że najgorsze stanie się pod jego nieobecność.”

Oto ciekawy przypadek eskapizmu galaktycznego, myślę, że niejedno z nas chętnie skorzystałoby z takiej opcji. Na razie zostają nam książki, narkotyki i inne gry i zabawy towarzyskie pozwalające podróżować (tzn. uciekać od problemów) bez ruszania się z miejsca.


I właśnie o tym, a nie o astronautyce, jest “Kongres futurologiczny” Lema, rzecz napisana w roku 1970, a jakże wciąż aktualna. Lem rozwija tam wizję świata przeludnionego, w bliższej przyszłości wstrząsanego powszechnym terroryzmem. W hotelowym barze Tichy spotyka brodacza “z papieżówką”, czyli strzelbą z której ma zamiar ustrzelić papieża, czym chwali się wszystkim obecnym, nie wzbudzając zresztą większego zainteresowania, nie dlatego, żeby mu nie wierzyli, ale dlatego, że zamachy stały się już czymś tak powszechnym, że nie wartym zawracania sobie głowy.

“…poszedłem ratować papieża, to jest powiadomić kogoś o tym planie. Leon Stantor, który mi się napatoczył w barze 77 piętra, nie wysłuchawszy mnie nawet do końca powiedział, że w podarkach, jakie ofiarowała Hadrianowi XI ostatnia wycieczka wiernych amerykańskich, były dwie zegarówki i beczułka wypełniona — zamiast winem mszalnym — nitrogliceryną; zblazowanie jego pojąłem lepiej, usłyszawszy, że ekstremiści przysłali dopiero co do ambasady nogę, nie wiadomo tylko jeszcze — czyją.”

I tak dalej, tym samym pogodnym tonem, aż po wojnę domową, rozpirzenie wielkiego Hiltona i ucieczkę przez rozpylaną w celach wojennych psychochemią do podziemi hotelu.

I tu zaczyna się wizja świata końca XXI wieku, charakteryzująca się eskapizmem totalnym, zwanym psywizją lub farmakokracją, kontrolowanym przez nielicznych rzeczowidzów. Tichy zostaje zamrożony i odmrożony w świecie powszechnej szczęśliwości. Po jakimś czasie odkrywa jednak łuszczce się warstwy złudzeń, które zakrywają przerażającą prawdę. 

“— Mamy rok 2098 — rzeki. — 69 miliardów żyjących legalnie i zapewne koło 26 miliardów zatajonych. Średnia temperatura roczna spadła o cztery stopnie; za piętnaście, dwadzieścia lat będzie tu lodowiec. Nie możemy zapobiec zlodowaceniu; nie możemy do niego nie dopuścić — możemy je tylko zakryć.”

Sztuczka polega na tym, że cała ludzkość dzięki “maskonom” żyje rodzajem psychochemicznego snu, nie czując i nie widząc koszmarnej rzeczywistości - przeludnienia, mutacji, zimna i braku żywności. Tak, tak, Matrix się kłania, choć tu nie roboty nas “uprawiają”, a my sami chowamy głowę w piasek.

“Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić” - mówi Tichemu rzeczowidz , czyli jeden z tych, którzy mają prawo i obowiązek widzenia prawdy.

W zakończeniu Lem wykonuje zgrabną woltę i wracamy do rzeczywiści “terrorystycznej”, czyli tej, w której dopiero wykwitnie idea zmieniania postrzegania rzeczywistości, zamiast zmieniania jej samej.

Świat bardzo żwawo drepcze w kierunku wyznaczonym przez Lema. Psychiki przecież nie trzeba koniecznie stymulować chemią - operacje na otwartych mózgach obywateli znane i stosowane są dość powszechnie od wieków. Całe narody widzą to, czego chce wódz, choćby do rzeczywistości miało się to nijak. 
Do świata opisanego w książce bardziej jednak pasuje manipulacja mediowo-kulturowa, która sprawia, że żyjemy rodzajem dość przyjemnego snu (akurat w naszym przypadku, nie mówię o mieszkańcach Etiopii, których sen przypomina koszmar). Snu z występującymi w nim celebrytami i ich “dramatami”, ogłupiającą, ale niezbyt męczącą pracą, systemem społecznym, w którym każdy pragnie wymościć sobie jakieś w miarę wygodne miejsce, codziennymi rytuałami, zakupami w supermarketach, fejsbukiem i papką serialową.

Czy tylko ja mam takie wrażenie, że oczy przesłania mi rodzaj opaski, bardzo ograniczającej moje pole widzenia? Że gdybym umiała spojrzeć poza “cały ten zgiełk” bezsensownej krzątaniny, zobaczyłabym… No właśnie, co? 

Może coś, czego lepiej nie widzieć.