Showing posts with label teatr. Show all posts
Showing posts with label teatr. Show all posts

Sep 18, 2015

Lewiatan dmuchany, czyli pochłaniająca moc teatru

Prawie pół roku.
Nie było mnie tu, byłam całkiem gdzie indziej. Na polu walki, na poligonie, na rżysku, na kartoflisku, machałam motyką, pędzlem, batutą, połamanymi skrzydłami, biegałam, kręciłam się w kółko, rwałam włosy z głowy, waliłam głową w mur i deski sceny...
A co weekend zjawiały się małe aniołki i małe diabełki, i niczego, jak to one, nieświadome, pochłaniały swoimi ciekawskimi, świdrującymi oczkami, cały ten stworzony dla nich domek z kart, zamek na lodzie, cukrowy pałac i cyrk na kółkach.
Teatr działa, choć przyprawia niemal o zawał - jak teraz, kiedy nie wiadomo właściwie dlaczego, po kilku tygodniach, gdy nam odpuścił, znów straszy a to zerwaną umową, a to pustkami na widowni z niewiadomej przyczyny.
Jednego można być pewnym - że niczego pewnym być nie można.
Tysiące spraw czekających na załatwienie, ciągnących się jak smętne przemoczone pawie ogony, feeryczne obietnice, oklapłe zanim nabrały kształtu. Ale nie oglądamy się do tyłu, o nie, w gorączkowym zaaferowaniu pędzimy w przyszłość, ku kolejnym sprawom i jeszcze nie odkrytym magicznym światom.
Czy będzie to Książę Niezłomny?... Czekając na Godota?... A może Walkiria?...
Nie do końca... Pewnie kolejne Kółko i Kwadrat czy Dobranoc, Tłuściutka Poduszko.
Bo najśmieszniejsze jest to, że gdy się coś robi naprawdę, to czy to jest Wielkie czy całkiem Tycie, to pochłania nas równie bezwzględnie, niby trzewia Lewiatana, co z tego że w tym wypadku dmuchanego.



Mar 2, 2015

POD ŚCIANĄ, ALE DO PRZODU




Dzieje się, oj, dzieje tak wiele, że nie ma czasu na refleksję - najwyżej na bezsenne noce. 
Już tyle zostało pominięte, że aż nie wiadomo, nad czym się pochylić.
A może skrótowy ogląd sytuacji, pt. gdzie jesteśmy?

Jesteśmy w Soho. To już oficjalne, zdecydowane, klepnięte i co tam jeszcze.
Jesteśmy Spółką Cywilną (od wczoraj).
Jestem Kierownikiem Budowy, a moja współspółkowniczka, W. - Kierownikiem Strony w Budowie.
Jesteśmy strasznie zalatane i zarobione.
Jesteśmy zadowolone i… przerażone.
Jesteśmy osobami, które przelewają coraz większe sumy z własnych kont na konta cudze.

Na zdjęciu (z wczoraj), kiedy celebrowałyśmy nasz oficjalny początek jako s.c. TEATR NIEWIELKI, jesteśmy pod ścianą. Ściana jest nowo postawiona i oddziela przyszłe foyer od przyszłej sali teatralnej. Ja patrzę w ścianę, W. patrzy w podłogę - coś to niby symbolizuje, ale co?… To się okaże. 

P.S.

Zdjęcie zrobił nam Paszczak. Ma nam oficjalnie robić fotki, ale muszę go zapytać, czy chce się ujawnić czy woli pozostać anonimowy.

Feb 7, 2015

PARA-BUCH

Nagle - gwizd! Nagle - świst! Para - buch! Koła - w ruch!

Ruszamy! A przynajmniej tak nam się wydaje… Mamy tylko ustne zapewnienia, że “wszystko będzie w porządku” i “się załatwi”. Nie mamy jeszcze umowy - a już wchodzimy w koszty. Taka niestety stojąca na głowie procedura - bo zanim umowę podpiszemy, musimy mieć od zarządu Soho zgodę na nasz projekt - nie tylko koncept i ideę teatru, ale i plan adaptacji. A ponieważ wlazła nam w szprychy naszej lokomotywy ta cała nieszczęsna wentylacja, której projektu “własnymi siłami” zrobić się nie da, to wyłożyć pieniążki, wcale niemałe, już trzeba.

No, ale przynajmniej zaczęło się dziać, bo postój ja stacji Niewiadomocodalej trwał stanowczo zbyt długo. Główne osiągnięcie ostatniego tygodnia, którym nawet nie bardzo miałam się ochotę dzielić z powodu niepewności, czy skład w ogóle jeszcze ruszy, to pierwszy etap tworzenia naszej identyfikacji wizualnej, pt. logo. Myślę, że wspaniałe dziewczyny z firmy projektowej, nomen omen, PARA-BUCH nie pogniewają się jeśli zaprezentuję światu ich rewelacyjne pomysły.

Pomysł 1:



Pomysł 2:


Wybrałyśmy… drugi, choć i pierwszy bardzo nam się podobał. Ale drugi jest bardziej teatralny, oryginalniejszy i wieloznaczny.
Jedziemy!

Feb 3, 2015

FRANKOŚCISK



Siedzę w oddziale banku, który przez te lata, gdy jestem ich klientem, nieźle sobie radził, o czym świadczy wypasione wnętrze z przedziwną cylindryczną konstrukcją na środku - czymś w rodzaju miniaturki Stadionu, z tym że pasy są pionowe i granatowe (w kolorze loga banku), nie biało-czerwone. Już widzę archeologów przyszłości, którzy piszą mądre dysertacje na temat “wewnętrznej świątyni”, do której wstęp mieli tylko wybrani wierni oraz najwyżsi rangą kapłani bożka Mamony.

Czekam na mojego “doradcę”, który przez te lata niewiele mi doradził, a jeśli już to na pewno nie były to posunięcia korzystne dla mnie, zdecydowanie jednak korzystne dla banku. Człowiek uczy się na błędach, ale edukacja finansowo-inwestycyjna przyszła zdecydowanie za późno dla mojego pokolenia; obawiam się, że już niewiele czasu mi zostało, by naukę zastosować i wyciągnąć z niej jakieś korzyści. A tyle jest rzeczy, o których dziś wiem, że zdecydowanie nie powinnam ich robić! Pierwsze na liście jest:
- nie ufaj doradcom finansowym - oni na swoich poradach wyjdą na pewno dobrze, ty - na pewno źle.

Więc co robię dziś w banku i jaki to ma związek z wiodącym ostatnio tematem moich zapisków, czyli zakładaniem teatru? Teatr to też biznes, na biznes często bierze się kredyt. Ja kredytu nie biorę. Ja go mam. I to we frankach. Czy muszę mówić więcej?

Z powodu ostatnich wydarzeń perspektywa płynności finansowej zdecydowanie mi się skróciła, więc dziś podejmuję próbę, żeby choć trochę ją na powrót wydłużyć. Zobaczymy. Moim planem są tzw. wakacje od kredytu, co pozwoliło by mi na szerszy oddech i skupienie się na teatrze. Ambitny plan, ciekawe, czy osiągalny. Być może będzie konieczna kolejna wizyta i spotkanie z “dyrektorem”, bo doradca zapewne zaproponuje mi rozwiązania standardowe, które, o ile zdążyłam się zorientować, i tak mnie nie dotyczą, bo większość z nich dawno załatwiłam sama (jak np. kupno franków nie od banku, którego spread należy do legendarnych). Zobaczymy.

Czekam nie dlatego, że doradca niegrzeczny, tego nie mogę mu zarzucić, ale dlatego, że przyjechałam za wcześnie. Musiałam napisać to zdanie, żeby mój osąd banków, który na pewno przyszłe pokolenia będą czytać z wypiekami na twarzy, był surowy, ale sprawiedliwy. Czy jeszcze coś dobrego mogę powiedzieć o banku?… Hmm.

O tak! Przypomniałam sobie właśnie, że w czasie szczerej rozmowy z dyrektorem tegoż banku, wiele, wiele lat temu, gdy brałam rzeczony kredyt, kiedy przycisnęłam go do ściany pytaniem, czy jeśli będę miała środki na spłacenie (a kurs będzie korzystny), to lepiej kredyt spłacić czy trzymać pieniądze “na wszelki wypadek”, na czasy, gdy pozbawiano pracy nie będę mogła liczyć na żadne kredytobranie. Długo próbował się wykręcić, ale w końcu spojrzał mi w oczy i powiedział: “Długotrwała spłata kredytu jest korzystna dla banku.”
Że też akurat z tej sugestii nie wyciągnęłam właściwych wniosków (gdy mogłam!)…

Jeśli marzę czasem, żeby czas się cofnął i żebym znów miała mniej o te naście lat, to nie po to, by szaleć i łamać męskie serca swą młodzieńczą urodą, a w zasadzie tylko po to, by nie popełnić tych samych błędów i złych decyzji finansowych… Och, cofnąć się do choćby wiosny 2006! Już bym teraz wiedziała, co i jak robić!


P.S. Już po rozmowie. Coś tam może da się ugrać, ale ilość papierów, jakie muszę zgromadzić, jest znacznie większa niż przy zaciąganiu kredytu… Przy czym zdobycie niektórych będzie wymagało znacznego samozaparcia i mnóstwa godzin straconych na to, co Tygrysy lubią najbardziej, czyli na chodzenie po urzędach. Chciało ci się, babo, kredytu, to teraz się męcz.

(odc. 17 powieści grozy pt. "jak nie zakładać teatru") 

Jan 24, 2015

W TAK ZWANYM MIĘDZYCZASIE


Martwa cisza w oku cyklonu.
Trwamy w zawieszeniu - na razie żadnych wieści z Soho.
W międzyczasie rozglądamy się za innymi miejscówkami - choć bez tej wiary i entuzjazmu jak na początku - i rewizytowałyśmy kamienicę na ul.Ś., która stanowi alternatywę pt. Właściwie Nie Teatr A Miejsce Quasi Teatralnych Zajęć Dla Maluchów.
Miejscówka jest urocza - piękne, eleganckie wejście od zadbanego podwórka odrestaurowanej z pietyzmem kamienicy, zejście po wykładanych czarno-białymi kaflami schodach do sali w suterynie, bardzo jasnej i “czystej” - bielutkie ściany, drewniana podłoga, bardzo oryginalny sufit kolebkowy z cegły… i dwa słupy (niegrube) na środku. Może nawet dałoby się z nimi żyć - jeden przeszkadzałby nieco widzom, drugi musiałby stanowić integralną część każdej scenografii. Wnętrze podobałoby się na pewno bardziej mamom maluszków niż nasze artystyczne, postindustrialne Soho. 
Więc czemu nie myślimy o tym z entuzjazmem?
Po pierwsze - jest mniejsze (90m2 zamiast 125 - bez możliwości oddzielenia foyer), no i te słupy! Mniej widzów - mniejsza możliwość zarobienia na siebie.
Po drugie - na razie nie ma opcji na wynajęcie na stałe. Od kwietnia można by wynajmować na weekendy. Czyli mogłoby to być miejsce startowe, treningowe - ale nie docelowe. A już tak nam się marzył “nasz teatr”! A nie sala, z której po każdym ostatnim spektaklu trzeba sprzątnąć wszystkie dekoracje. Co łączy się z faktem, że musiałyby być one naprawdę mini-mini. Żadnych też podestów teatralnych, reflektorów, kulis… Jeśli w "prawdziwym" teatrze spektakle odbywają się w foyer - jak to najczęściej ma miejsce w wypadku przedstawień najnajowych, czyli tych dla najmłodszych widzów - to ma się jednak poczucie, że to “teatr”.
Jeśli jednak ten sam spektakl odbyłby się w jakieś wynajętej sali - od razu zacząłby przypominać jakieś zajęcia teatralno-warsztatowe dla dzieci - w najlepszym razie - a chałturę w najgorszym.

Ta sala idealnie nadaje się do kameralnych zajęć jogi, a nie na teatr. Oczywiście też nie spełnia wszystkich wymogów Sanepidu, które ostatnio poznałyśmy na prywatnej audiencji u p.Wiktorii z Wypchanym Półptakiem na ścianie…  Sala jest za niska, a i wentylacja na pewno nie pompuje 20m3 powietrza na godzinę na każdą przebywającą osobę, i zdecydowanie nie jest dostosowana do przebywania niepełnosprawnych… (ale ponoć jest klima). Gdybyśmy jednak wynajmowały tylko na godziny, to nie nasz problem. 


Czyli czekamy. Nie bezczynnie, bo mamy setki rzeczy na naszej liście pt. TO DO, ale od punktu nr 1 zależy w zasadzie wszystko i mam nieprzyjemne wrażenie “pozornego działania”, gdy myślę o tych innych rzeczach, które robimy, by nie czekać bezczynnie.

Jan 21, 2015

CIAŁO WYGINAM NIEŚMIAŁO

Teatr, jak każde żywe stworzenie, ma ciało i duszę. Na tym etapie moich z nim stosunków sprawy cielesne przeważają. Te trywialne, banalne, męczące, czasem nawet niesmaczne.
Moja córka, czyli K., zwróciła mi i słusznie uwagę, że te zapiski zrobiły się okropnie nudne; kogo obchodzą (oprócz niżej podpisanej) procenty, słupy i użeranie z wszechpotężną machinerią administracji. Kafka ze mnie żaden, więc rzeczywiście wieje z tego banałem i męką codzienności, której każdy ma dość we własnym życiu.

Ale musimy przez to przejść. Niekoniecznie razem - ja muszę, a że z założenia te zapiski mają być czymś w rodzaju dokumentu drogi, to muszę brać pod uwagę ryzyko, że niektóre jej odcinki będą nieciekawe i nie nieść niczego oprócz wyczerpania dłużącą się podróżą.

Tyle w ramach wyjaśnienia. 

A jeśli miałabym z dzisiejszego kawałka szarej rzeczywistości pt. spotkanie z Rzeczoznawcą Sanepidu wydobyć jakieś barwy, to zwróciłabym uwagę na kilka smaczków:

Smaczek Pierwszy
Pani Wiktoria (rzeczony rzeczoznawca), malutka, żwawa kobietka po sześćdziesiątce, mieszka w przedwojennej kamienicy, niewystawnej, o nie, bez stiuków, fikuśnej klatki schodowej i innych przedwojennych rozkoszy architektonicznych - ale za to z dodatkowymi (węższymi) drzwiami do każdego mieszkania, służącymi bezkolizyjnemu docieraniu służby na jej stanowisko pracy. Obywatel przed wojną nie musiał być bardzo bogaty, ale służbę posiadać wypadało.

Smaczek Drugi
W mieszkaniu pani Wiktorii roi się od połyskliwych, powykręcanych, przeszklonych i zapełnionych bibelotami solidnych mebli (bynajmniej nie antyków). Ale najdziwniejszą rzecz zobaczyłam na ścianie - obraz z kaczką, nie namalowaną, o nie - ale kaczką “jak żywą”, bo zrobioną z ciała?… a na pewno z piór żywego (niegdyś) ptaka - a teraz zamienionego w koszmarkowatą martwo-płaskorzeźbę. Czyli martwa natura w 3D na ścianie w przedpokoju. Cudo.

Smaczek Trzeci
Uwaga, wchodzimy w rejony metafizyki stosowanej. Otóż po rzeczonej wizycie u rzeczonej rzeczoznawcy (czyli znawczyni rzeczy) weszłyśmy na chwilę z W. do malutkiej kafejki w tym samym (podwójnodrzwiowym) budynku. Zaczęłyśmy rozmawiać o wentylacji i przybiegła do nas wystraszona właścicielka z zapytaniem, czy jesteśmy z jakieś “kontroli”, bo dopiero skończyli system wentylacji w lokalu, i czy są jakieś problemy z odbiorem?… Od słowa do słowa zgadaliśmy się z nimi (z właścicielką i jej mężem, bardzo miłymi ludźmi, choć zdecydowanie było po nich widać, że prowadzenie tego biznesu na razie ich wyczerpuje nerwowo) - i dostałyśmy kontakty na “najbardziej rzetelnych i tanich” projektanta i wykonawcę wyżej wspomnianej wentylacji, których bardzo nam trzeba. Zbieg okoliczności, przypadek, szczęśliwy traf, przeznaczenie?… To się jeszcze okaże.


Ho ho ho ho, jutro Soho.

Jan 14, 2015

DUCHOTA I ZAPCHAJDZIURA



Była faza słupów, teraz jest faza podestów - śnią mi się po nocach; te większe i mniejsze, z nogami długimi na kilka metrów i króciutkimi jak u jamnika; składającymi się teleskopowo i zginającymi pod wszystkimi możliwymi kątami. Jeszcze żaden mnie nie gonił, ale to tylko kwestia czasu. 
Rzecz polega na tym, że Teatr Konkurencyjny podesty teatralne ma, a więc wygląda na to, że i my musimy mieć… :) A nie są tanie (jak w ogóle profesjonalne teatralne wyposażenie). Z grubsza biorąc jeden kosztuje ok. 2 tysięcy - z nogami regulowanymi, ale jeszcze bez klamer do spinania blatów, ani klamer do spinania nóg. Przy wycenie, naiwniaczka, się dowiedziałam, że podesty trzeba ze sobą spinać! Ale najdziwniej jest z prostą barierką na tył podestu, którą montuje się do ostatniego rzędu, gdy nie są oparte o ścianę - ten wygięty kawał atestowanej rurki kosztuje tyle co cały podest o wymiarach 0,5 x 2 m… Barierki trzeba więc chyba będzie sobie darować. Ale oznacza to, że grać się będzie tylko na jedną stronę - a tak podobała mi się wizja “otwarta”!

Właściwie czemu słupy przestały mi się śnić, nie wiem. Jeden z nich jest zmorą właśnie w kontekście podestów, bo wyrasta sobie w miejscu, gdzie planujemy widownię. Ma przekrój kwadratu o wym. 25 x 25 cm, więc nie ma opcji, żeby nasze podesty go otoczyły - no i zostaje dziura, w którą na pewno niejeden maluszek wpadnie, łamiąc sobie swoje malutkie rączki i nóżki. O je jej! Trzeba więc znaleźć jakąś (jaką?) zapchajdziurę…


Nadal żadnych konkretnych wieści w najpoważniejszej obecnie sprawie, tzn. wentylacji. Ogólna duchota (ale nie ducho-upadek).

Jan 11, 2015

ZAMKI NA KARTCE PAPIERU


Skala, mierzenie, kreślenie, mazanie, kombinowanie… ach, jak to lubię! Ze względu na słup, podestów w jednym układzie sali zmieści się 6 i “pół”, w drugim, prostopadłym 6. Czy wystarczy miejsca dla widzów? Musi, jest jeszcze podłoga; ewentualnie można się zastanawiać nad półmetrowymi podestami, ale to wyjdzie dużo drożej. 
Inna opcja to powiększenie sali teatralnej o ok. 70 cm (do słupów), wtedy wchodzi 1 podest (2m x 1m) więcej. I może tak trzeba będzie zrobić. Ale foyer robi się trochę małe…

Czekamy na jutrzejsze wyceny od dostarczycieli dóbr teatralnych - atestowanych i strasznie drogich. To nam da jakie takie pojęcie, jak nasze założenia mają się do brutalnej rzeczywistości… Co szczególnie ważne w kontekście Strasznego Odkrycia z czwartku, pt. Brak Wentylacji.

Każdego dnia dowiadujemy się więcej; dzisiaj zrobiłam poprawki do kosztów wstępnych - sporo urosły, ze względu na wentylację i parę innych zapomnianych lub niedoszacowanych rzeczy - np. wyleciała mi z głowy miesięczna kaucja, bardzo niedoszacowałyśmy utworzenie strony, no, ale W. chce, i słusznie, żeby od razu była maksymalnie przyjazna, z płatnościami PayU i innymi bajerami; nie miałam też zarezerwowanych środków na różne ekspertyzy, a na pewno będą potrzebne. 

Mimo wszystko nadal jesteśmy poniżej górnej granicy wyznaczonej na inwestycję, tylko że margines zrobił się już cieniutki…

Wracam do mazania po planach - to naprawę przyjemna zabawa. W ogóle praca nad tym projektem sprawia mi wiele frajdy - mimo strachu gdzieś tam z tyłu pt. A co, jeśli nam nie wyjdzie? 

Ale, jak to mówią w zagranicznych krajach: no risk no fun.


Jan 9, 2015

RATUNKU!


Jestem na to za głupia.

Co to znaczy, że będąc teatrem można być przedmiotowo zwolnionym z podatku VAT, skoro bilety i tak są obciążone 8% VATem???

Przychody teatru to wyłącznie bilety. Więc niby co jest zwolnione z VAT?


Czy jest ktoś, kto to rozumie? Ratunku!

Jan 8, 2015

SHIT HITS THE FAN




Frustracja. A wszystko szło już tak dobrze. Za dobrze?
Parę dni temu dogadaliśmy się z Soho finansowo, ogromna radość, choć celebrację przełożyłyśmy na moment podpisania umowy, a do tego jeszcze dość daleko. Najpierw musimy zrobić plany adaptacji i uzyskać ich zatwierdzenie. 

W tym celu dziś o 10,30 byłam umówiona z szefem ekipy (panem inż. M.S.) i projektantem wnętrz (czyli Miki).  Najpierw dzwoni Miki - chora. Potem, w czasie prawie dwugodzinnego omawiania technicznych aspektów przebudowy z inżynierem, nagle rzeczony inżynier pyta: “A gdzie tu jest wentylacja?”

Wentylacji - grawitacyjnej ani wspomaganej - nie ma. Czy można sobie wyobrazić salę teatralną, nawet na jedyne 50 osób, bez wentylacji?!
No, właśnie.
W pierwszym odruchu myślę sobie, o kurczę, trzeba będzie dorzucić parę tysięcy do i tak napiętego budżetu, trudno. Ale inż.M.S. niemal natychmiast dodaje: “To będzie kosztowało kilkadziesiąt tysięcy”. 

I tu mnie dobił. Kilkadziesiąt to nie dwadzieścia, a bliżej, jak się okazało,  60-ciu… Zależy trochę od konkretnych przepisów dotyczącej danej działalności. A jak tu dotrzeć do tych przepisów? Nie można wpisać w googla: “mały teatr dla małych dzieci przepisy przeciwpożarowe i bhp”, to znaczy można, ale nic z tego nie wyjdzie. 

Być może działalność będziemy musiały ustawiać pod przepisy bhp, a nie odwrotnie. 


Ulubione powiedzonko Vonneguta okazało się w tym wypadku jak najbardziej trafne - wentylator zabździł nam świetlaną przyszłość.

(10 odc. powieści grozy "jak nie zakładać teatru")

Jan 5, 2015

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI



Jest wczesna jesień. W. i M. jadą samochodem w kierunku północnym, W. prowadzi, M. myśli o tym , jakie to dziwne, że nad morze można dojechać w trzy godziny!… Po prostu nigdy dotąd, przez całe swoje niekrótkie w końcu życie pełne nadmorskich wycieczek, nie wpadła na to, że plaże ciągną się również na prawo od Trójmiasta!



Ale nawet trzy godziny to długo jak na milczenie, więc oczywiście rozmawiają. O tym i owym, jak to osoby, które znają się przeszło od ćwierćwiecza albo i dłużej (na pewno dłużej). No i niechybnie rozmowa schodzi na plany życiowe M., która to M. przed rokiem wyskoczyła z dobrze naoliwionych torów, wzdłuż których jeździła w kółko i w kółko przez jakichś lat siedemnaście, i miała już od tego kręcenia się mdłości. Trudno więc się dziwić, że kiedy jej ciuchcia się wykoleiła, poczuła więcej ulgi, niż czegokolwiek innego. No, ale ulga ulgą, a coś trzeba by zrobić z własnym życiem. Miniony rok pełen był różnych Podejść i Konceptów, nadszedł jednak czas najwyższy na jakieś Konkretne Decyzje. 
Ulubionym scenariuszem M. jest mała i cicha Księgarenko-Kawiarenka, w której mogłaby spokojnie oddawać się czytaniu książek, rozmowom o książkach i pisaniu książek (tak to przynajmniej w naiwności swej wyobraża sobie).
W., wysłuchawszy cierpliwie zachwytów nad życiem wśród książek, mówi:
- A może lepiej teatr? No, wiesz, taki dla maluchów.
M. łapie się za głowę.
- Teatr?… Teatr, nawet dla maluchów, to ogromne przedsięwzięcie. Już sam lokal (w porównaniu z Księgarenko-Kawiarenką), musi być kilkakrotnie większy! No i na pewno nie można go zrobić w jedną czy dwie osoby… A wyposażenie teatralne? Aktorzy?  Spektakle? Reklama? Nie, nie, nie, to odpada!
Przestają więc mówić o teatrze, znów mówią o książkach. M. ma nawet fajny pomysł na nazwę “Między Słowami”, a W. na działania nietypowe: Księgarnia Objazdowa, albo Wymienialnia Książek… 
Po powrocie znad morza prowadzą rozeznanie; odwiedzają Czułego Barnarzyńcę i pokrewne miejscówki, rozglądają się za własnym lokalem, przymierzają kosztorysowo.
Ale kiedy po około miesiącu W. dzwoni wieczorem do M. i mówi:
- A może jednak teatr?
M. odpowiada bez zastanowienia:

- Masz rację. Teatr.  

Jan 3, 2015

KSIĘGOWOŚĆ KREATYWNA



Kolejne zderzenie z meandrami Księgowości Stosowanej. Połowy rzeczy nie rozumiem, a druga natychmiast ucieka z mojej pamięci. Mózg broni się rękami i nogami, a raczej dendrytami i neurytami, przed nasączeniem wiedzą biznesowo-księgową, a ja przyglądam się temu bezradnie.
Spółka cywilna czy z o.o.? Fundacja czy stowarzyszenie? VAT-owska czy nie? Podatek liniowy czy progresywny? Kapitał założycielski jak najmniejszy czy jak największy? Z kasą czy bez kasy?

Najgorsze, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te pytania; wszystko “zależy”, jest “uwarunkowane” i “z jednej strony”, “a z drugiej”…

Nadal nie wiemy rzeczy najważniejszej - dlaczego prywatne teatry na ogół zakładają fundacje… To znaczy mamy jakieś wyobrażenie na ten temat, ale to tylko zgadywanki.


Ciekawostką dzisiejszego spotkania jest to, że księgowa, której się radziłyśmy, osoba, która pół życia przepracowała w Urzędzie Skarbowym i, jak sama wyznała, zajmowała się tam “szukaniem dziury w całym”, ta księgowa obecnie prowadzi księgowość na… umowy o dzieło! Nawet jeśli to bardzo kreatywna księgowość, to wydaje mi się to grubym naciąganiem przepisów - pamiętam z mojej pracy w reklamie, jak panie ze Skarbówki zawsze czepiały się moich umów o dzieło, gdy pracowałam jako tzw. kreatywny, wymyślając scenariusze reklam i pisząc teksty reklamowe. No, nic. Kto powiedział, że będzie z górki?

Dec 31, 2014

STAJENKA NIELICHA



Za trzy godziny z kawałkiem skończy się 2014. Oby był to rok, w którym narodził się świetny pomysł!… Wróżby są dobre i gwiazdy sprzyjają - dzisiejsze negocjacje w Soho były bardzo pozytywne; oby tylko nie zapeszyć!

Chyba nie mogę tu pisać o cenach i warunkach, strictly confidential, powiem tylko, że gdy się chce wynająć fajne miejsce, to trzeba się liczyć - czego nauczyłyśmy się dopiero niedawno - z tym, że podane sumy są zwykle netto, więc dochodzi 23% VAT, są jeszcze opłaty za części wspólne (tu współczynniki różnią się bardzo), opłaty eksploatacyjne i media. Tak że jeśli w ogłoszeniu jest napisane na przykład 7000 miesięcznie to do zapłacenia jest duuuużo więcej. 

Początkowo miałyśmy nadzieję, że wynajmiemy jakąś super miejscówkę od miasta - w Warszawie jest dużo lokali użytkowych “w konkursie” i “poza konkursem” (czyli takich, których nikt nie chciał w 2-3 kolejnych konkursach ofert). Ale bardzo niewiele z nich, jak się okazało, ma odpowiednio dużą powierzchnię - dla nas 120 m2  to minimum. A kiedy już takie znalazłyśmy - na Pradze - to okazały się w tak kiepskim stanie, że ich remont pochłonąłby miesiące i setki tysięcy. 
Poniżej jako ilustracja sufit w jednym z nich - a sufit nie był wcale najgorszym punktem programu… 



Och, na pewno da się od miasta wynająć jakieś wyjątkowe miejsce, ale do tego to trzeba mieć albo dużo szczęścia, albo czasu, albo znajomości w ZGNach (Zakłady Gospodarowania Nieruchomościami - dla niezorientowanych) - a najlepiej wszystko na raz. My zdecydowałyśmy się poszukać na wolnym rynku, a raczej szukałyśmy równolegle, aż w końcu miejskie opcje odpadły późną jesienią jak uschłe liście.

Co jakiś czas miasto wspiera wprawdzie działalność artystyczną, oferując lokale na tego typu cele na preferencyjnych warunkach. Na przykład jesienią ZGN Praga Południe prowadził akcję “artystyczny Skaryszewski”, ale nic tam dla nas nie było - same maleństwa, często na piętrze. Teraz Śródmieście prowadzi podobną akcję - lokale z przeznaczeniem na pracownie i te pe - ale ten sam problem; żaden nie jest większy niż 50 parę metrów. A jeśli do tego chciałoby się mieć miejsce “z charakterem”, to już zupełny klops.


W nadchodzącym Nowym Roku życzę więc Niewielkiemu wielkiego szczęścia w postaci znalezienia sympatycznej stajenki, w której będzie mógł przyjść na świat! 

Dec 29, 2014

TO MASZ, BRACIE, PROBLEM


Po świątecznej przerwie:
Pisanie scenariuszy - z jednej strony bardziej satysfakcjonujące, niż się obawiałam, z drugiej strony - mniej. Która strona która? 
Bardziej satysfakcjonująca jest ilość pomysłów, jakie przychodzą do głowy. Moje żółte kartki notatek ciągle zapełniają się nowymi. Ale potem, w czasie pisania konkretnego skryptu, nadchodzi zderzenie z rzeczywistością. A rzeczywistość to te wszystkie ograniczenia, jakie z konieczności są materią Teatru tak Niewielkiego: ilość aktorów (maksimum 2), ilość pracowników technicznych (maksimum 0, chyba że zrezygnujemy z jednego aktora), ilość rekwizytów i scenografia - bardzo ograniczone (do 6 tys. na premierę).  I tak dalej, i tym podobne. Żadnych “efektów specjalnych”, gry świateł, tylnych projekcji. Co chwila potykam się o jakiś problem techniczny i moje skrypty upstrzone są znakami zapytania. To nieco wkurzające.

Kot:
- To strasznie wkurzające!
Pan Kartofel:
- Wkurzające?… Ale ja jestem uczulony na kurz!
Kot:
- A ja na kocią sierść.
Pan Kartofel:
- To masz, bracie, problem.



















Pan Kartofel został narysowany przez sławnego rysowacza - Mr. Ernesta Gozalesa

Dec 22, 2014

TYGRYS DLA OWIECZEK

Pytania:
Narracja?… Żywa? Nagrana?… Dialogi?… Słowa, słówka, słóweczka?… 
Czy jednak cisza?
Ale kto powiedział, że jak dla maluchów, to przekaz pozawerbalny? Przecież ze słowami spotykają się jeszcze w łonie matki.
Może dlatego, że w ten sposób łatwiej udawać, że to przekaz artystyczny, a nie infantylny bełkot? Że jesteśmy w świecie domysłu, symbolu, znaku, gdy tymczasem słowa są tak jednoznaczne, a w tym wypadku jednoznacznie dziecinne, że iluzja “ukrytych głębi” pęka. Chyba że słowa to byłaby poezja - ale oczywiście nie wierszyki pan kotek był chory i leżał w łóżeczku, ani nawet repertuar znacznie ambitniejszy typu stoi na stacji lokomotywa. 
Keats, Browning, Eliot, no, ewentualnie Herbert czy Szymborska… I tu pewna trudność - nie będziemy przecież wystawiać “Ziemi jałowej” dla dwulatków?… A może jednak?
Zaraz, zaraz, to może być mniej idiotyczne niż zdaje się na pierwszy rzut oka! Skoro u tak małych dzieci percepcja przebiega zupełnie innymi ścieżkami niż u dzieci starszych i u dorosłych - na co powołują się w swoich manifestach wszyscy co ambitniejsi twórcy Early Years Theatre - to może z Williama Blake’a zrozumiałyby… nie, “zrozumiałyby” to złe, dorosłe słowo, faworyzujące percepcję rozumową… nie zrozumiałyby więc, ale jakimiś dziwnymi kanałami, na niedostępnym nam poziomie “zasymilowałyby” Blake’a.
Bo, jak pisze piewca dziecięcej wrażliwości, Exupery, to dorośli tak naprawdę nic nie rozumieją. Co zgadza się z naszą wiedzą na temat kolosalnych ograniczeń, jakie serwuje nam nasz mózg przetwarzający tylko wąziusieńkie pasmo danych, na dodatek zniekształcający je dla naszej wygody i uciechy.
Nie zaliczam się do tych, którzy twierdzą, że dzieci są od nas mądrzejsze, że widzą i czują więcej, ale na pewno są widzą i czują całkiem coś innego, zanim drogą treningu nauczą się powielać nasze zertojedynkowe algorytmy myślenia i działania. Procesy zachodzące w ich głowach są dla nas zupełnie niepojęte - mimo iż każdy z nas dzieckiem był (zakładam). Dlatego wypracowanie przekazu, który byłby dla nich a. ciekawy, b. rozwijający nie jest wcale proste. Nawet metoda prób i błędów działa nie zawsze i nie do końca, bo być może im bardziej zbliżamy się w stronę tego, co a. im się podoba, tym bardziej oddalamy się od tego, co może być dla nich b. rozwijające?… Wiadomo na przykład, że najmłodsze dzieci uwielbiają powtórzenia - ale czy dzięki powtórzeniom, w kółko i w kółko, rozwijają wyobraźnię? Chyba nie. Raczej próbują sobie wmówić, że w tym przedziwnym jarmarku nowości, jakim jest dla nich świat, są punkty stałe, kontrolowalne i przez to bezpieczne.
Ale dość tego amatorskiego psychologizowania. Wróćmy do twórców teatru skierowanego do raczkujących widzów. Mam czasem lekkie podejrzenie, że kiedy wciąż powołują się na różnice percepcyjne między dziećmi a dorosłymi, to w pewnym stopniu zapewniają sobie rozgrzeszenie z błędów nudy, banalności czy pseudo-artystyczności. Bo czy nie brzmi to jak wygodne usprawiedliwienie; wam, rodzicom, to może się i nie podoba, ale dzieci widzą i czują całkiem inaczej?… Dość szeroka to furtka, przez którą niejedną chałę da się wepchnąć. 

“…To próba zanurzenia się w dziecięcej wyobraźni - chęć zrozumienia tego nieuchwytnego, a zarazem prawdziwego sposobu postrzegania świata, który zdaje się być zarezerwowany tylko dla najmłodszych. Spektakl tworzą obrazy, muzyka, rytm i gest - słowa schodzą tu na dalszy plan. (…) to rozmowa za pomocą zmysłów i emocji. To wzajemne słuchanie i obserwowanie. Nie chodzi tu o racjonalne rozumienie, ale raczej o doświadczanie i przeżywanie piękna, o inicjację do krainy wrażliwości, o udział w nowej rzeczywistości - takiej, która różni się od tej oglądanej na co dzień. Dzieci są współtwórcami spektaklu - obserwują przedmioty we wzajemnych relacjach, w relacji do siebie samych. Słuchają dźwięków jakimi komunikują się te przedmioty i jak opowiadają historie.”
Haneczka zapytana po spektaklu: “Fajne było?”, odpowiedziała “Nie”. Podobały jej się tylko ustrojstwo, jakie można dostać w każdym sklepie z zabawkami, czyli maszynka do produkowania dużej ilości baniek mydlanych. Może więc jednak Tyger, tyger, burning bright?


(5-ty odcinek realistycznej powieści grozy, pt. “Jak nie zakładać teatru”)

ŚNIŁ MI SIĘ SŁUP



A właściwie nie jeden. Dużo, dużo słupów. Las słupów. Słupowisko. 
Wszystkich domorosłych Freudów muszę od razu rozczarować - żaden to symbol falliczny. To odbicie moich dziennych, architektonicznych frustracji i prostracji: co jakieś przyzwoite miejsce znajdziemy wielkości odpowiednio zamaszystej - to tam stoi… słup! Na środku albo lekko z boczku, chudszy albo opasły, jeden albo kilka. Podpierają sufit, przekonane, że bez nich świat by się zawalił.

Osobiście nic przeciwko słupom nie mam. Można nawet powiedzieć, że je lubię. Ale w tym wypadku to zawalidrogi absolutne, dyskwalifikujące podtrzymywane wnętrze swoją nachalną słupowatością. 


O salo nadobna bez słupa, gdzie jesteś?


(4-ci odcinek realistycznej powieści grozy, pt. “Jak nie zakładać teatru”)

Dec 21, 2014

1 PIES, 2 KRÓLIKI I MNOGOŚĆ RUBRYCZEK



Jest po 23-ciej, sobota - właśnie wróciłam ze spotkania roboczego z W. (Współ-Matką-Założycielką), które miało trwać ze dwie - max 3 godzinki, a w sumie trwało 6 - nawet spaceru z Faberem od pracy na rzecz sztuki odjąć nie można, bo cały przedyskutowany tak namiętnie, że nawet niedokładnie pamiętam, którędy szłyśmy, tylko że zatrzymywałyśmy się przy każdym kwietniku i słupie, bo Faber musiał wszystkie sikowe listy od kolegów przeczytać. 

Dzieje się, oj dzieje. Wyciągnę dwa przykładowe króliki z kapelusza, które wyskoczyły od wczoraj: 

Przyszedł zamówiony i opłacony raport (31 zł wpisane do rubryczki pt. Wydatki Wstępne) dotyczący działalności konkurencyjnego przedsięwzięcia, który miał wzbogacić naszą wiedzę na temat: Jak To Się Robi. 
Firma “Verdict - Raporty o firmach” sama powinna zostać postawiona do raportu - większość rubryk z ogólnej liczby 8 została wypełniona słowami “brak danych”. Śmiech na sali. No patrzcie państwo, czego to ludzie nie wymyślą, by zarabiać pieniądze!
To zdarzenie wpisujemy do rubryki “przykra niespodzianka” (słowo “rubryka”, “rubryczka” pojawia się i będzie pojawiać często w tych zapiskach - najwyraźniej, przynajmniej na razie, czuję się bardziej bizneso-adekwatnie tworząc różne, nawet tylko istniejące w mojej głowie “rubryczki”).

Dla przeciwwagi w pole “przyjemna niespodzianka” wpisujemy odpowiedź Jacka na mojego wczorajszego maila - okazuje się, że wcale nie wyklucza jakiejś takiej dziwacznej z pozoru współegzystencji swojego studia fotograficznego i naszego teatru dla raczkujących. Mamy zdzwonić się po Świętach, pogadać, policzyć… No, naprawdę czasem trafia się i nóż, i widelec, a nawet łyżka do butów.


(3-ci odcinek realistycznej powieści grozy, pt. “Jak nie zakładać teatru”)

Dec 19, 2014

A NÓŻ, A WIDELEC, A ŁYŻKA DO BUTÓW

Pomyślałam: a może nie teatr przy teatrze, a teatr przy studio fotograficznym/hali filmowej? Studia dźwiękowe odpadają - nie mają dużych, pustych sal, o które nam chodzi.
Znam tego sporo po nastu latach orania na reklamowym ugorze - pewnie trzeba będzie jakąś selekcję w głowie wykonać, podzwonić, popytać. Ale na oko może być kłopot, bo jeśli nawet nie mają obłożenia; zwłaszcza w tych dniach, które dla nas są najważniejsze, a kiedy to Prawdziwi Artyści oraz Twórcy Reklamy zwykle śpią po szaleństwach piątkowej i sobotniej nocy - czyli w sobotnie i niedzielne poranki; więc jeśli zwykle nic w te poranki nie robią, to jednak specyfika ich działania opiera się na Dyspozycyjności - w ostatniej chwili wpada zlecenie, które trzeba właśnie w weekend wykonać, za sporą kasę, a tu co? A tu w studio/ na hali maluchy w pieluchach 1+ protest podnoszą!

Nie, to chyba szaleństwo. Ale z drugiej strony czasem najbardziej zwariowane koncepty wypalają. Napisałam do Jacka W., najmilszego znanego mi fotografa - może coś poradzi. Jego studio jest cudne, ale ma ciągłe obłożenie - raczej chodzi o to, że może Jacek zna kogoś, kto startuje, trochę cienko przędzie i chętnie na początek podzieli się super przestrzenią, którą jakoś tam zdobył.

Presja jest, żeby jak najwięcej opcji sprawdzić przed końcem roku, bo… uwaga, uwaga, Soho się odezwało samorzutnie, tęskniąc za nami i naszą wizją najwyraźniej… Będziemy poważnie negocjować, a do tego musimy mieć jak najwięcej kart w ręku. Na razie mamy tylko jedną, pt. w tej cenie nie damy rady. Wszystkie dotychczasowe alternatywy w zasadzie nie są alternatywami, a kulawymi pół-niemożliwościami: to urocze, ale za małe (bilans nam się nie zgodzi przy 20 widzach), to ruina, pod Ochroną Konserwatorską na dodatek - rok co najmniej kapitalnego remontu, worek bez dna; to na piętrze bez windy (już widzę te mamuśki z wózkami), a to piwnice klubowe z wiszącym w powietrzu after-smellem alkoholowym… Naszym dotychczasowym największym falstartem była… jedna z czterech wież Mostu Poniatowskiego. Miejsce, że się nieładnie wyrażę, bajeczne, ale ktoś nas uprzedził. Na pocieszenie powiem, że okazało się później, gdy nam wizja napuchła, że i tak za małe - wprawdzie 150m2, ale podzielonych na wiele klitek.

Stąd kolejny z moich dzisiejszych pomysłów na szukanie lokum - ogłosiłam nasze zapotrzebowanie na FB.

A nóż, a widelec, a łyżka do butów.


Dec 18, 2014

JAK NIE ZAKŁADAĆ TEATRU - CZ.1

Nie piszę. Nie mam kiedy. Nie mam jak.
Tylko potykam się co chwila o wyrzuty sumienia.
I nagle olśnienie!
Skoro nie mogę zebrać się, by pisać o nieznośnej lekkości bytu, bo byt zaciążył konkretną, wymierną, trójwymiarową treścią (w przeciwieństwie do tej ideowo-literackiej, płaskiej jak kartka papieru) - to może pisać o tym, co się w nim tam bezczelnie teraz rozpycha?
To zupełna zmiana w kształcie takichsobepisanek, ale w końcu to moje pisanki i mogę z nimi robić, co zechcę, i niech mi ktoś powie, że nie!
Ale od czego zacząć?
Chyba od tu i teraz, choć historia ma początek, ale pewnie się on jakoś ujawni w trakcie, a jak nie, to jego strata; chwila obecna jest zawsze najlepsza, w sumie zawsze lubiłam opowieści, które zaczynają się "od środka".

Dzisiaj zrobiłam z siebie kretynkę, no, może pół-kretynkę, a w drugiej połowie naciągaczkę. Już sama nie wiem, która połowa gorsza. Pewien właściciel pewnego prywatnego warszawskiego teatru, "dobry człowiek, ale męski", jak mawia mój przyjaciel J., miał jak najlepsze intencje przytulenia Niewielkiego do swojego wielkiego serca i swojej rzutkiej działalności. I chwała mu w wdzięczność za to. Tylko że nasze oczekiwania finansowe rozeszły się zupełnie - Niewielki poszukuje miejsca przytulenia za sumę mniejszą niż suma stałego, własnego lokum.  Które czeka - nie wiadomo jak długo jeszcze - na Ziemi Obiecanej dusz artystycznych wszelkiej maści, czyli w Soho Factory, Mińska 25. No ale Niewielki, mimo iż niewielki, w arkuszach kalkulacyjnych, które W. z takim talentem niebywałym skonstruowała, już taki niewielki się nie zdaje. Przeciwnie wprost - ma tendencję do zmieniania każdej rubryczki pt. Koszty czy Inwestycje, czy Opłaty w przedziwnie Wielkie sumy... Tak więc obie Przyszłe Wspólniczki, Matki Założycielki, Teatro-Rodzicielki robią co mogą, żeby wielkie minusy zmienić choć w zero lub niewielki plusik.
Stąd uganianie się za miejscem czyimś, na doczepkę i przyczepkę, gościnnie, cichaczem i na boczku, ale przynajmniej kosztowo skromniej.
Tymczasem suma "komercyjna" rzucona przez naszego wczorajszego, przemiłego zresztą Cycerona-przewodnika po teatralnych podziemiach - mężczyznę o imponującym umięśnieniu, tatuażu na przedramieniu i jednej lekko krótszej nodze, co dodawało mu jakiegoś dziwnego, mrocznego nieco uroku - więc ta suma za możliwość korzystania z dobrodziejstw podziemnego królestwa, pełnego złoceń, atlasów, grubych murów i słusznej dumy właściciela... ta suma za weekendowe przedpołudnia dwukrotnie przewyższyła to, co w Soho płaciłybyśmy za cały miesiąc bycia na swoim.

A teraz moja głupota.
Zbierałam się przez pół dnia, żeby do Króla Podziemnego Królestwa zadzwonić i tak mu podziękować, by nie poczuł się urażony. Najpierw zadzwoniłam do J., czyli Królewskiego Przyjaciela, a przy okazji mojego też, który nas z sobą skontaktował, żeby zagadać, jaką miłą taktykę obrać wycofki. "Powiedz mu po prostu jak jest" - poradził J., dobry przyjaciel nas obojga.- "On zrozumie, utuli, a może i coś wymyśli na pocieszenie".
Okej.
Potem na wszelki wypadek zadzwoniłam do W. - Przyszłej Wspólniczki, Matki Założycielki i tak dalej. "To w końcu jest biznes" - powiedziała - "Powiedz mu, ile możemy dać i tyle".
Zadzwoniłam. Chyba zbyt bardzo starałam się być jednocześnie i Wdzięczną, i Skromną, i Szczerą, i Kompetentną, i Sympatyczną, oznajmiając nasze nieuchronne rozstanie, bo nastąpiło coś w rodzaju Totalnego Ambarasu, i ten "dobry, ale męski człowiek", zaczął się przede mną tłumaczyć, z pewną, być może istniejącą tylko w mojej głowie, irytacją, że prowadzi komercyjny teatr, że działalność charytatywna jak najbardziej, ale dla kalek, sierot i mniejszości seksualnych.
Och, jaki wstyd!
Być może pierwszy, ale zapewne nie ostatni w mojej właśnie się zaczynającej karierze Teatrowłaściciela. Oby doszłego!

Nov 23, 2014

DOŚĆ KIEPSKA SZTUKA, CZYLI KRYTYKA TEATRALNA WG. A.A.MILNE'GO




W jednym z moich ulubionych blogów literackich, Stuck in a book http://stuck-in-a-book.blogspot.com pojawił się dziś wpis, który przypomniał mi, ile radości, sprawił mi kiedyś wstęp do “Trzech sztuk” A.A.Milne’go, w którym Milne (nota bene autor bardzo wielu utworów dramatycznych wystawianych, na ogół z sukcesem, na scenach londyńskich) odnosi się do krytyki teatralnej. Fragmentem tego wstępu jest  recenzja, napisana przez Milne’go z pierwszego (pono) wystawienia sztuki nikomu jak dotąd nieznanego autora... Wiliama Szekspira pt. “Hamlet”… Rzecz jest naprawdę zabawna i pozwoliłam sobie ją przetłumaczyć:

“Pan William Szekspir, którego napisany w najlepszych intencjach dramat kostiumowy, pt. “Hamlet” został po raz pierwszy wystawiony w Londynie w zeszłym tygodniu, nie jest nam znany. Rozumiemy jednak, a przynajmniej  tak zostaliśmy zapewnienie przez kierownictwo teatru, że cieszy się on pewną lokalną sławą w hrabstwie Warwickshire jako autor sonetów. Ale dlaczego ktoś, kto para się tworzeniem pełnych wdzięku drobnych utworów poetyckich, zapałał nagle ambicją, a co więcej - wyobraził sobie, że potrafi podołać stworzeniu dramatu scenicznego, który przez trzy godziny ma utrzyma uwagę publiczności w Londynie, nie jesteśmy w stanie pojąć. Zabić siedem (lub może było ich osiem?) głównych postaci w sztuce, nie znaczy jeszcze napisać tragedię. Wielkość dramatopisarza nie polega na tym, by zalać nasze dusze mieszaniną współczucia i przerażenia. Pan Szekspir, tak jak wielu innych młodych pisarzy, myli przemoc z siłą wyrazu, a w swoich niefortunnych lżejszych “kawałkach” - bufonadę z humorem. Jedyną prawdziwa tragedią wczorajszego wieczora było to, że pisarz tak bardzo może nie znać ograniczeń swojego talentu i tak niewłaściwie go wykorzystywać.

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że pan Szekspir talent posiada. Jest nim przyjemna lekkość pióra. Co chwila jakiś zgrabny wers przyciąga ucho, jak wtedy, gdy Poloniusz (dobrze zagrany przez pana Macready'ego Jonesa) ostrzega syna, że “ten, kto pożycza, przyjaciół traci", lub gdy sam Hamlet odnosi się do śmierci jako "odrzucania śmiertelnego trudu”. Ale kilka zgrabnych linijek nie czyni jeszcze sztuki. Potrzebujemy czegoś więcej. Nasze zainteresowanie musi być podtrzymywane przez cały czas; i to nie przez takie nadużywane triki sceniczne, jak pojawienie się upiornych zjaw, które budzą strach tylko w sercach kolegów-aktorów; nie niby-to-zabawne błazeństwa przy grobie; ale przez wewnętrzny rozwój postaci. Tymczasem postaci stworzone przez pana Szekspira są tylko ustnikami do wypowiadania jego zgrabnych powiedzonek. Możemy wybaczyć Księciu Danii solowy popis werbalny białym wierszem długości pięćdziesięciu linii, uznając, że ten sposób wypowiadania się przystoi godności królewskiej; ale co mamy powiedzieć o kapitanie piechoty, który kończy przerwane przez kogoś zdanie dokładnie taką liczbą sylab, jaka jest niezbędna do stworzenia jambu? Czy takie postaci w czymkolwiek przypominają żywych ludzi? Rzeczywiście, cała sztuka sprawia wrażenie, jakby została napisana na zlecenie kierownika teatru,  jako sposób na zaprezentowania wszystkich  “środków wyrazu”, którymi jego teatr może się popisać. Monologi (nieskrępowane obecnością rywali) dla popularnej gwiazdy, scena szaleństwa dla odtwórczyni głównej roli kobiecej (ubranej w kolorze białym), duch dla elektryka, pojedynek na szable dla wyszkolonych w Akademii szermierzy, niema scena dla szeregowych miłośników kinematografu - nasz autor przygotował coś dla nich wszystkich. Nie ulega wątpliwości, że można dzięki temu zarobić, a człowiek z czegoś żyć musi. Ale szczerze mówiąc wolę pana Szekspira jako autora sonetów.”