No i nadeszła pora. Jest 12 sierpnia, niby nic specjalnego, ale czuję - właściwie nie wiem, dlaczego właśnie dziś - że mogę się podzielić z Wami moją absolutnie najbardziej pocieszającą pocieszajką.
Zdjęcie zrobiłam ponad rok temu w Kathamandu. To spojrzenie i ten uśmiech sprawiają, że wszystkie ciężary robią się lżejsze, a poczucie bezsensu nie uwiera tak bardzo.
Czy żałuję, że nie podeszłam i nie porozmawiałam?... Chyba nie. Może zresztą ten mnich w ogóle nie zna angielskiego. A może zna, ale czy mógł mi powiedzieć więcej, niż mówi jego uśmiech i spojrzenie?
Nie martw się mówi, wszystko będzie dobrze, znajdziesz to, czego szukasz, a przynajmniej zrozumiesz, że to, co masz jest tym, czego szukałaś. Nic nie jest tak skomplikowane, jak to sobie wyobrażasz, i tak czarne, jak się tego obawiasz. To wszystko jest tylko w twojej głowie, lżejsze niż puch i nawet mniej od niego materialne. Teraz i tutaj jest ta chwila, ten właśnie moment, ani bardziej, ani mniej ważny niż inne. Ale jest. Aloha!
(Och, tylko mi nie mówcie, że tybetański mnich to nie tancerka z Honolulu z wieńcem lei; ten mnich nie przejmuje się takimi drobiazgami jak czas, przestrzeń, związki przyczynowo skutkowe czy kręcenie biodrami, dlaczego więc nie miałby użyć tego pięknego słowa, które znaczy jednocześnie: "Dzień dobry", "Do widzenia" i "Kocham cię")
Aloha!
Aug 12, 2014
Aug 5, 2014
WIADOMOŚCI Z RAJU
Nie są najlepsze. Moja ulubiona wakacyjna lektura, “Paradise News” Davida Lodge’a, tak naprawdę kryje sobie niespodziewane głębie i rewelacje na temat kondycji rodzaju ludzkiego. A nie są one bardzo budujące. Wspomniałam już tu poprzednio (we wpisie “Raj, czyli piekło”) o teorii jednej z postaci tej powieści - antropologa, Shaldreke’a, na temat współczesnego “opium dla mas”, czyli turystyki, zastępującej ludziom religię. Teoria jest prześmieszna, ale oprócz pośmiania się, trudno się z niektórymi jej stwierdzeniami, opartymi na bardzo wnikliwych i mocno złośliwych obserwacjach, nie zgodzić.
Książkę znalazłam - nomen omen - w prawdziwym turystycznym raju, czyli na wyspie Koh Samui w roku 1994 chyba (nie ten egzemplarz ze zdjęcia; tamten komuś pożyczyłam i już do mnie nie wrócił). “Znalazłam” lub, jak kto woli “zawłaszczyłam sobie”.
Na Koh Samui, w znajdujących się tuż przy plaży mini ośrodkach, skupionych wokół małych knajpek i składających się z kilku-kilkunastu chat na palach, panował w owych czasach zwyczaj zostawiania i pożyczania sobie książek z małych, przybarowych “biblioteczek”. Ktoś wziął książkę na długi lot z Europy i nie chciał targać jej z powrotem do domu - zostawiał przy barze, a pożyczał sobie coś innego do leniwego czytania na hamaku w cieniu palm. Nie wiem, jak jest teraz; byłam raz jeszcze na Koh Samui w 2000 roku i było to już całkiem inne miejsce, do którego dotarli już nawet w sporych ilościach nasi rodacy.
“Paradise News”, książka Lodge’a, którego wcześniej (przed 94-tym) w ogóle nie znałam, i dopiero po powrocie do Polski zaczęłam systematycznie czytać, spodobała mi się tak bardzo, że nie potrafiłam się z nią rozstać i trochę zawstydzona zapakowałam do własnego plecaka. Zostawiłam w zamian “Czerwone i czarne” Stedhala, po polsku, więc może dobrze, że kilka lat później na wyspie pojawili się Polacy, bo może komuś ta książka umiliła egzotyczne wakacje (choć Stedhala, przyznaję, trudno nazwać “wakacyjną lekturą”).
Wracając do “Wiadomości z raju” - czy, jak to zostało przetłumaczone na polski, gdy powieść w końcu pojawiła się u nas: “Co słychać w raju”; w tej lekkiej i humorystycznej książce na stronie 190 trafiłam na fragment, który jest dokładnym odzwierciedleniem moich najbardziej smutnych przemyśleń na temat rodzaju ludzkiego, prawa do szczęścia i zadośćuczynienia za wszystkie cierpienia:
Rzadko płaczę nad jakąś książką; nie płakałam nad tym fragmentem, o nie, ale przypomniała mi się moja super emocjonalna reakcja na książkę “Piknik na skraju drogi” braci Strugackich (znanych szerszej publiczności jako pierwowzór filmu “Stalker”).
Pamiętacie, gdy sponiewierany przez życie, twardy, ścigany przez prawo i przez wszystkich gnębiony, główny bohater, stalker, Red Shoehart, dociera do tajemniczej, spełniającej życzenia Złotej Kuli z innych światów, i woła: “Szczęście równe dla wszystkich, i niech nikt nie odejdzie pokrzywdzony!”? (cytuję z pamięci, nie mam już tej książki, a szkoda, że się gdzieś w przeprowadzkach zawieruszyła). Łzy pojawiły się w moich oczach na myśl, że ten piękny sen nie ma prawa się ziścić. Bo nawet jeśli od tej chwili będziemy szczęśliwi, ustaną wojny, tortury, gwałty, wykorzystywanie słabszych przez silniejszych - to co z tymi wszystkimi, którzy już tych okropności zaznali?… Mamy pławić się w szczęściu, nie myśląc o nich?
Myślę, że dlatego ludzie wymyślili raj, który miał być pośmiertnym wyrównaniem rachunków. Im więcej cierpiałeś, tym więcej czeka cię radości w przyszłym życiu. A ci, którzy cię gnębili, trafią do piekła, w którym smażyć się będą w nieskończoność. To jedyny sposób na zbilansowanie rachunku krzywd. Co z tego, kiedy nawet katolicy (a w tym i David Lodge, którego moralne i światopoglądowe dylematy byłego? katolika przewijają się przez większość jego książek) przestali już wierzyć w kościelną “grę planszową”, pod tytułem “Niebo-piekło” (określenie Lodge’a z “Gdzie leży granica?”).
A ja nigdy jakoś tego systemu nagród, kar, odpustów, zasług i grzechów różnej wagi nie potrafiłam traktować poważnie i trudno było mi uwierzyć, że tyle osób, czasem mądrych i przeze mnie podziwianych, mogło. Wiara w Boga, choć też dla mnie dość niepojęta, to jedno. Ale branie na poważnie wszystkich kościelnych, watykańskich bzdur (przepraszam wierzących) - to drugie.
Ale odeszłam już spory kawałek od “Paradise News”, choć może nie aż tak daleko. W końcu główny bohater, Bernard, jest kolejną “ofiarą katolickiej demagogii”, i choć jego perypetie opisane są z humorem, to sporo w tym wszystkim, posługując się terminologią “Lodge’owską”, “gorzkich prawd”.
Wiadomości z raju są więc takie, że raju nie ma i nie będzie. Na nieszczęście trudno to samo powiedzieć o piekle. Piekło jakoś nam, ludziom, wychodzi całkiem nieźle. Tu na Ziemi.
P.S.
A jeśli chodzi o powieści Davida Lodge’a, to moja osobista kolejność wygląda następująco:
1. Paradise News
2. Therapy
3. Thinking
4. Trylogia: Changing Places, Small World, Nice Work
5. Deaf Sentence
I wszystkie pozostałe jego książki.
Aug 3, 2014
DWIE FALE
Gorąco. Powietrze nieruchome, parne.
Na klawiaturę komputera spadają raz po raz wysuszone nasiona brzozy, czasem liść.
W takie popołudnie nie mogę wygnać z głowy wizji wielkiej, błękitno-zielonkawej fali. Spienionej u szczytu, pędzącej ku brzegowi z hukiem i wyzwalającą nieuchronnością.
Poniżej dwie moje ulubione fale: jedna autorstwa Katsushika Hokusai (mniej więcej równolatka Jane Austen), druga - Tove Janssen.
Na klawiaturę komputera spadają raz po raz wysuszone nasiona brzozy, czasem liść.
W takie popołudnie nie mogę wygnać z głowy wizji wielkiej, błękitno-zielonkawej fali. Spienionej u szczytu, pędzącej ku brzegowi z hukiem i wyzwalającą nieuchronnością.
Poniżej dwie moje ulubione fale: jedna autorstwa Katsushika Hokusai (mniej więcej równolatka Jane Austen), druga - Tove Janssen.
Jul 29, 2014
I WAS WRONG, MR.KNIGHTLEY!
Przyznanie się do winy nigdy nie jest łatwe. Nawet gdy nie jest się rozpieszczoną jedynaczką, Emmą Woodhouse. Ale przyznać się trzeba.
Po latach zupełnie amatorskiego zainteresowania angielską literaturą XIX wieku, kiedy wszystkie intrygi, postaci, wątki i koligacje rodzinne z książek Jane Austen, sióstr Bronte, Elisabeth Gaskell, Dickensa i Thomasa Hardego (żeby wspomnieć tych najczęściej czytanych) mieszały się radośnie i niewinnie w mojej głowie, nastąpił Wiek Odpowiedzialności. Odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga (ten blog?) i na forum bądź co bądź publicznym wypowiadam się na temat przeczytanych książek i ich autorów, dzieląc się bezwstydnie swoimi opiniami na ich temat, to chwaląc, tamto krytykując, muszę przyjąć na wątłe barki ciężar odpowiedzialności za swoje słowa. Oczywiście każdy jest uprawniony do jak najbardziej arbitralnych ocen i poglądów, de gustibus i tak dalej, no ale nie wypada głosić prawd z gruntu fałszywych, a przynajmniej nie potwierdzonych, a coś takiego właśnie niedawno mi się zdarzyło.
Proszę wybaczyć starzejącej się kobiecie z początkami demencji, że pomieszała ze sobą kilka książek, w wyniku czego wyszedł jej obrazek pasujący bardziej do oczekiwań i prywatnych literackich sympatii, a nie do rzeczywistości. Poniósł mnie entuzjazm dla Joan Aiken, której książki dla dzieci bardzo cenię, a zwłaszcza jedną - “The Stolen Lake” (stoi na mojej półce z ulubionymi pozycjami dziecięcej literatury obok Puchatka, Muminków, Alicji, O czym szumią wierzby, Piotrusia Pana, Małego Księcia, Mikołajka i Pippi - więc naprawdę w doborowym towarzystwie). Na blogu dla młodszej wiekowo grupy czytelników, Świstaki i Inne Smaki, www.mariaszajer.wordpress.com napisałam jakiś czas temu:
“W przeciwieństwie do wielu autorów próbujących sztuki pisania a’la Austen, Aiken ta sztuka wychodzi…”
Tak naprawdę, jak się okazuje, wyszła jej tylko raz, i to nie do końca idealnie, co właśnie ze wstydem odkryłam. “Emma Woudhouse” (kontynuacja niedokończonych “Watsonów”) jest “austenowska”, choć gwałtowna śmierć pani Blake i jej synka w wypadku nie jest czymś, co można by łatwo Jane Austen przypisać. U Austen umierają tylko osoby starsze albo mało z głównym wątkiem związane. Ale generalnie ta powieść nie rozczarowuje miłośników twórczości Austen.
Natomiast w ręce wpadła mi właśnie “Córka Elizy”, z tego co wiem jedyna z powieści “austenowskich” Joan Aiken wydana po polsku.
Tu już autorka dała się ponieść własnemu temperamentowi twórczemu, wybujałej fantazji oraz tak charakterystycznemu dla niej zacięciu krytyczno-społecznemu. Książka jest interesująca, ale w żadnym wypadku nie w stylu Jane Austen. Zapewne zresztą nigdy nie miała być - Aiken jest zbyt dobrym “fachowcem” literackim, żeby nie była to jej świadoma decyzja. Widać to jasno, poczynając od wyboru zupełnie nie “austenowskiego” typu narracji - powieść napisana jest w pierwszej osobie, co u Jane Austen nigdy się nie zdarza; nawet jej “nietypową” “Lady Susan” tylko pozornie można by zaliczyć do tego gatunku; tak naprawdę była próbą J.A. zmierzenia się z tak popularną w XVIII wieku formą powieści epistolarnej - której zresztą nigdy potem nie powtórzyła.
Ale forma to jeszcze nic - przede wszystkim wybór głównej heroiny, który determinuje moralno-społeczny aspekt książki, jest “typowo nietypowy” dla Austen. Eliza jest dzieckiem wychowywanym w Dolinie Bękartów i dowiaduje się o życiu znacznie więcej (i znacznie wcześniej) przykrych, ponurych i wulgarnych szczegółów niż jakakolwiek z bohaterek Jane Austen. Najbardziej szokujący jest chyba jednoznacznie sugerowany obraz wykorzystywania seksualnego małej dziewczynki przez duchownego, do którego jej zastępcza matka wysyłała ją na nauki. Nieślubne dzieci to był temat, który pojawiał się u Jane Austen, ale zawsze na marginesie opowieści. Natomiast seks, a już zwłaszcza w kontekście małych dzieci!… I duchownych!… Nie do pomyślenia. Ale to nie wszystko - jest tam i bycie utrzymanką starca, który był kochankiem jej matki, i gwałt, i morderstwo. To świat Jane Austen wywrócony do góry nogami, dokładne przeciwieństwo tego, do czego nas przyzwyczaiła. To albo niemoralne opowiastki rodem z XVIII wieku, albo Zola w spódnicy, bez jego zadęcia serio. Ze względu na awanturnicze przygody heroiny w drugiej części książki, w czasie wyprawy do Portugalii, przywodzi to także na myśl postmodernistyczne zabawy Johna Bartha (“Bakunowy Faktor”). Bo książka nie jest ponura, wszystkie okropne i brutalne wydarzenia opisywane są bardziej jak przygoda niż tragedia.
Dla miłośników twórczości Jane Austen wątki bardziej bezpośrednio nawiązujące do “Rozważnej i romantycznej” też muszą być rozczarowujące. Głównie przez zmianę emocjonalnej perspektywy, sprawiającej, że osoby, które polubiliśmy czy obdarzyliśmy szacunkiem, okazują się być niesympatyczne. Na przykład państwo Ferras, czyli główna bohaterka powieści Austen, "rozważna" Eleonora, i jej ukochany, z którym ku naszej satysfakcji po tylu perypetiach i przeszkodach połączyła się na końcu oryginalnej powieści węzłem małżeńskim, są przez Aiken odmalowani niezbyt przychylnie. Zwłaszcza Edward, który zgorzkniał w małżeństwie i zaniedbuje, a nawet tyranizuje swoją żonę, doprowadzając niemal do jej śmierci w czasie epidemii tyfusu w parafii. Mają źle wychowaną, zadzierającą nosa i nieczułą córkę. Marianna i pułkownik Brandon też są nie lepsi - nieobecni przez niemal całą powieść, wykorzystują swoich ubogich szwagrów do opieki nad posiadłością, nie płacąc im za to, i unikają kontaktów ze swoją podopieczną. W finale, po śmierci Brandona, okazuje się, że to małostkowość i zazdrość Marianny były przyczyną, dla której “córka Elizy” tak mało dobrego zaznała od swego prawnego opiekuna.
Czytając tę książkę, przypomniały mi się odczucia, jakie miałam oglądając jedną z filmowych adaptacji “Mansfield Park”- której reżyser pozwolił sobie na wiele “ulepszeń” w stosunku do oryginału. Niemiłe, a na pewno “nieaustenowskie” wrażenie zrobił na mnie zwłaszcza wątek z niewolnikami.
W mniej ponurej “Córce Elizy” brakuje przede wszystkim tak typowego dla Jane Austen “małego realizmu”, owego sławnego “working on small piece of ivory”. Za to dużo jest tam zbiegów okoliczności, sławnych historycznych postaci (para poetów: William Wordsforth i Samuel Coleridge) wplątanych w coraz bardziej nieprawdopodobne wątki, pełne niespodziewanych zwrotów akcji. Za wiele egzotycznych przygód oraz gwałtownych namiętności.
Skąd więc u mnie przekonanie, że Aiken “wychodzi sztuka pisania a la Austen”?
Po pierwsze stąd, że “Córki Elizy” nie czytałam do tej pory. Po drugie - bardzo wysokie mniemanie o warsztacie pisarskim Aiken, która sześciokrotnie podejmowała wątki “austenowskie”, i już w swojej wyobraźni czytałam jej kolejne książki, których tytuły brzmią tak zachęcająco:
Mansfield Revisited (1984)
Jane Fairfax: The Secret Story of the Second Heroine in Jane Austen's Emma (1990)
Eliza’s Daughter (1994)
Emma Watson: The Watsons Completed (1996)
The Youngest Miss Ward (1998)
Lady Catherine's Necklace (2000)
Trzeci powód - powieść “Emma Watson” jej autorstwa, o której już wspomniałam i którą cenię.
I wreszcie czwarty - powieść “Sadinton”, którą z jakiegoś dziwnego powodu zapamiętałam jako utwór Joan Aiken, a którą w rzeczywistości napisała “pewna dama”, czyli Marie Dobbs. Tak zgrabna kontynuacja niedokończonego rękopisu Austen, że trudno się zorientować, gdzie kończy się jej historia, a zaczyna “sequel”. Nawet wątek, który wydał mi się nieco “podejrzany”, czyli postać Mulatki, bajecznie bogatej panny Lambe, okazał się być autentycznym pomysłem Austen, która w ostatniej powieści swojego życia wprowadziła nie tylko nowe krajobrazy, ale i najwyraźniej nową kategorię postaci.
Czyli cztery dość słabe, teraz to widzę, przesłanki.
“I was wrong, Mr.Knightley” - biorąc swoje pobożne życzenia za fakt, i próbując przedstawić je światu jako rzeczywistość. Z tym większą niecierpliwością będę teraz wypatrywać “Kindle editions” pozostałych powieści Joan Aiken z serii “austenowskiej”, by ostatecznie zdecydować, czy jedna J.A. umiała pisać jak druga.
Jul 24, 2014
WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ PRZEZ ZBĄSZYNEK
Tym razem już mniej przyjemnie; wprawdzie dogadzam sobie jak mogę, klasa I-wsza, a jakże, a na dodatek Intercity, ale Polskie Koleje Państwowe nie są przygotowane na upały i w przedziale panuje prawdziwie tropikalna temperatura. Ach, gdzież te klimatyzowane wagony otwarte, którymi niegdyś jeździłam do Poznania? Nie w tym składzie. Tu panuje niebieski plusz w pomarańczowe ciapki, tradycyjne brązowe-atłasowe zasłonki z wytłoczonym napisem PKP i zero klimy.
Oczywiście narzekać co nie ma; gdy przypomnę sobie podróż w podobnym upale z Bombaju do plaż Goa, to niewątpliwie obecnie pławię się nie tylko w pocie, ale i luksusie. We wspomnianym indyjskim “ekspresie”, który już na stacji początkowej, czyli Mumbai Victoria Station miał półtorej godziny spóźnienia, jechało się na twardych ławkach w otwartym(!) wagonie; na każdej ławce przeznaczonej dla 4 osób, siedziało co najmniej sześć. Oprócz tego w przejściach tłoczył się tłum tych, co nie załapali się na miejsce siedzące. Okna bez szyb, tylko z poziomymi kratami; dostarczały przewiewu powietrza, tylko że gorące było jak z pieca, a po kilku godzinach jazdy w huku i przewiewie człowiek (znaczy ja) miał głowę spuchniętą i wielką jak bania. A przynajmniej miał takie uczucie. Pod nogami kłębił się tłum kalekich dzieci-żebraków, które kawałkami szmat przesuwały śmieci walające się na podłodze z kata w kąt. A toalety? Zrzućmy na toalety zasłonę milczenia. Tradycją jazdy takim pociągiem jest wyrzucanie wszystkich śmieci za okno - w czasie jazdy i na postoju. Całe dworce i torowiska są nimi zawalone. Ale nie wszystko idzie na marne - przy torach koczują biedacy, traktujący te wylatujące oknami dary jak mannę z nieba, i kozy zjadające wszystko jak leci.
Podróż trwała kilkanaście godzin i na tyle zniechęciła mnie do indyjskich kolei klasy economy, że dalsze podróże odbywałam klasą pierwszą, w wagonach klimatyzowanych, mimo wyraźniej dezaprobaty mojego ówczesnego towarzysza podróży dla takich burżuazyjnych fanaberii. Klasa pierwsza ma okna, tak brudne, że w ogóle nic przez nie nie widać, i jest klimatyzowana (o ile klima się nie zepsuje). Jedzie się jak w dusznej puszcze, nie wiadomo dokąd, ale ma się wokół siebie kilkanaście albo i więcej centymetrów wolnej przestrzeni. Można wpaść w błogosławiony stupor i przetrwać te kilkanaście godzin.
Tak więc obecna podróż Warszawa-Poznań-Zielona Góra to bułka z masłem dla takiego kolejowego wyjadacza jak niżej podpisana. Za oknami nasze pola malowane zbożem rozmaitem, niebo błękitne i parę zaróżowionych obłoczków na nim; pociąg, można powiedzieć, pędzi, a nie wlecze się, więc jest duża szansa, że przesiadka w Poznaniu się uda.
Bilety mam wszystkie w nowomodnym stylu - wydrukowane na własnej drukarce z własnego komputera; wszystko, panie, przez Internet kupione. Nawet na odcinek powrotny Zielona Góra - Zbąszynek lokalną kolejką, za 13,50 - też. Swoją drogą o Zbąszynku nie słyszałam - wstyd chyba, ale okazuje się, że tam zatrzymują się wszystkie super-ekspresy jadące z Warszawy do Berlina i z powrotem, więc to jakaś bardzo ważna stacja musi być. Mam przynajmniej taką nadzieję, że się zatrzymują, bo w drodze powrotnej (jutro) właśnie w Zbąszynku mam się przesiąść. Już widzę siebie na peronie wśród pól (malowanych zbożem rozmaitem) i ekspres Berlin-Warszawa przelatujący niby pocisk obok mnie…
No i proszę, kara za optymizm! Dojechaliśmy do Łowicza, intercom zadźwięczał dzyń dzyń i popłynęły z niego takie oto słowa:
“Informujemy że na stacji Łowicz Główny wydłużymy czas postoju do 15 minut z powodu interwencji medycznej. Przy tym czas ten może ulec zmianie. Za niedogodności przepraszamy.”
Moja przesiadka w Poznaniu, na którą mam 28 minut, zaczyna wyglądać wątpliwie… No super! Nie ma to jak odrobina adrenaliny w podróży!
* * *
Zwracam honor. Pociąg nadrobił opóźnienie, które i tak było krótsze niż 15 minut. Tak że do Poznania zajechaliśmy o czasie i spokojnie znalazłam właściwy peron, skąd ma ruszyć mój Bachus - tak się nazywa, więc jak najbardziej, zdawałoby się, do Zielonej Góry?… Otóż, proszę państwa, nie do końca! Tylko początek - czyli cztery pierwsze wagony - reszta zostaje na peronie jeszcze jedenaście minut, a potem jedzie całkiem gdzieś indziej (nie usłyszałam dokąd). Mam nadzieję, że wagon, w którym siedzę jest rzeczywiście jednym z czterech odczepianych, które do Zielonej Góry jadą… Siedzę w nim z pewnym ściskaniem w dołku, ale z wiarą, ze siedzę właściwie. Ach te emocje kolejowe!
Jest 16,30. Upał jeszcze nie zelżał, ale stacja jest zadaszona, więc słońce nie wali prosto w dach i okna. Miałam jakieś refleksje, które wydawały mi się godne zapisania, na trasie do Poznania, ale było mi za gorąco. A teraz już nie pamiętam. W głowie ugotowany mózg, palce lepią się do klawiatury, komputer parzy w kolana.
Na sąsiednim torze stoi dość zatłoczony expres Waszawa-Berlin - a wiec jeździ przez Poznań! Dlaczego więc trzeba wsiadać do niego w Zbąszynku?… Hm. Obejrzę sobie ten sławetny Zbąszynek niedługo, bo doczytałam się, że jest na naszej trasie (wszystkie drogi prowadzą przez Zbąszynek).
Ruszyliśmy, a więc będzie już tylko lepiej. Tym razem jestem sama w przedziale. Od razu jest czym oddychać. Może zresztą nie z braku ludzi, a dlatego, że okno otwarte. Facet na drodze do Poznania, siedzący przy oknie naprzeciw mnie, na “zawietrznej”, bał się przeciągów.
Czy ze mną jest coś nie tak, że tak bardzo lubię być sama?
Sama w podróży - jest w tym coś wyzwalającego.
Może to takie lajtowe przygotowanie do ostatniej podróży, którą na pewno każdy z nas odbywa samotnie?
Po pojedynczej szynie.
Po pojedynczej szynie.
Jul 21, 2014
RAJ, CZYLI PIEKŁO
Jest lato. Jeżdżę tu i tam, ale nie na wywczasy, tylko, żeby załatwić to i owo. Służbowo znaczy, w służbie własnej, a raczej rodzinnej, ale to inna bajka.
I kiedy tak jeżdżę, a pociąg stuka tuk tuk, to myślę sobie o tych szczęśliwcach, co się wylegują na plaży albo wokół basenu leżą pokotem, przyrumieniając się ze wszystkich stron. I to jest znakomity pretekst, żeby napisać parę słów o mojej ulubionej wakacyjnej lekturze, czyli o “Paradise News” Davida Lodge’a.
Bohater, zupełnie jak ja, jedzie z tłumem wakacjowiczów, ale w zupełnie niewakacyjnym celu. Tylko nie jak ja do Kołobrzegu, nic zresztą nie ujmując tej malowniczej miejscowości, ale do… Honolulu. W samolocie poznaje Rogera Sheldrake’a, antropologa specjalizującego się w turystyce. I tenże Sheldrake dzieli się z teologiem Bernardem (czyli naszym głównym bohaterem) swoją dość rewolucyjną teorią na temat turystyki.
Ponieważ ogarnął mnie wakacyjny leń, nie będę pracowicie przepisywać co smakowitszych kawałków, a po prostu je pstryknę. Oto pierwszy z nich:
No i proszę - jakaż pociecha dla tych wszystkich, którzy zostają w domu (lub podróżują służbowo)! I to pociecha jak najbardziej faktyczna - ileż to par po pierwszych wspólnych wakacjach znienawidziło się? Ileż to rodzinnych kłótni wygenerował sam proces pakowania się? Ile nerwów stracono wykłócając się o pokój z działającą klimą? Przykłady same pchają się pod pióro czy raczej na klawiaturę.
Dalej jest jeszcze lepiej. Kiedy Bernard nieśmiało protestuje, że przecież współpasażerowie wyglądają na uszczęśliwionych, Sheldrake replikuje:
Teoria Sheldrake’a, jak najbardziej przekonująca, to to, że turystyka jest… nową religią. Religią, której wyznawcami są ludzie całego świata, niewierząćy, Mahometanie, buddyści, katolicy. Pielgrzymują do Rzymu by zobaczyć Kaplicę Sykstyńską, do Paryża, by oddać hołd Wieży Eiffela. Odprawiają dziwne rytuały, gromadząc się nie przed ołtarzem, ale wokół basenu i od czasu do czasu dokonując obrządku zanurzenia. Mamieni idealną wizją z ulotek reklamowych, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistości, gonią za mitem Raju.
Tym się pocieszywszy, wyruszam jutro w moją kolejną nie-wakacyjną podróż.
Labels:
cytat,
David Lodge,
mit,
Paradise News,
raj,
turystyka,
wakacje
Jul 11, 2014
PRZERWA W ŻYCIORYSIE
No to jadę. Trasa długa, przedział sypialny jak z innej epoki - ściany koloru musztardowego, bordowy dywanik na podłodze i ten dziwny zapaszek! Ale przynajmniej jestem sama w przedziale i będę mogła położyć się i zasnąć; w sumie lubię spać w pociągu. Jego miarowy stukot, a nawet zgrzyty i piski, jakie zwykle wydaje przy hamowaniu, działają na mnie uspokajająco. Czas zawieszenia. Nie ma nic do zrobienia. Po prostu jedzie się. Wszystkie kłopoty zostały za nami albo oczekują nas u kresu podróży, ale teraz żaden z nich nas nie dotyczy. Pamiętam takie podróże, w czasie których modliłam się, żeby trwały jak najdłużej. W podskakującym przedziale byłam bezpieczna, nikt nie oczekiwał ode mnie, że zrobię to czy tamto, czy że podejmę wreszcie decyzję. Pociąg otaczał mnie i chronił, niby pancerz i póki miałam go wokół siebie, nic złego nie mogło mi się przydarzyć. Jadąc, znajdujemy się w dziwnej czasoprzestrzeni, w której nie obowiązują normalne prawa - znajdujemy się już nie tu, ale jeszcze nie tam, wyrzuceni poza margines i zahibernowani w takim poczciwym, staromodnym, klekoczącym limbo. Pomiędzy życiem, które porzuciliśmy, wyruszając w podróż, a wątkiem, który podejmiemy, wysiadając na stacji końcowej.
Czy nie jest tak przypadkiem, że jadąc przestajemy się starzeć?… Nie chodzi mi to teorię Einstaina; nawet ja wiem, że Polskie Koleje Państwowe nie są w stanie rozpędzić swoich składów do wystarczających prędkości. Chodzi mi raczej o zjawisko psychiczne, nie fizyczne. Podróż to rodzaj przerwy w życiorysie. Podróżujemy w przestrzeni, ale zatrzymujemy się w czasie.
Przerwa w życiorysie.
Subscribe to:
Posts (Atom)















