Mar 15, 2014

PRZEDNÓWEK


już marzec o boże
a tu nici
a tu nic jeszcze 
nie ugotowane nie wydojone
stoję na środku placu
całkiem goła
przymrozek

rozmamłałam się jesienią
przespałam zimę
teraz jestem przydybana
na gorącym nieuczynku
na lenistwie ledwo letnim
na zagapieniu
martwym
zaskoczona

stoję na ubitym placu
bosymi nogami ugniatam zimną glinę
czekam na wóz drabiniasty
co zawiezie mnie
na miejsce
kaźni

Mar 2, 2014

PODRÓŻ W CZASIE. COŚ JAKBY.




Przedziwne wrażenie. Z czasem słabnie, ale nadal jest na tyle mocne, że każe myślom kręcić się wokół tego zjawiska.
Myślę o kolorowych fotografiach Siergieja Prokudina-Gorskiego sprzed pierwszej wojny światowej. A właściwie o ich zdigitalizowanych i obrobionych komputerowo wersjach, które w 90 procentach odpowiadają za owo uczucie “dziwności”, sprawiające, że różne szufladki w naszej głowie zaczynają się przesuwać i zmieniać miejsce. 

Zetknęłam się z nimi po raz pierwszy wczoraj, choć dostępne publicznie są już od 2001, kiedy to Biblioteka Kongresu zaprezentowała ich część na wystawie The Empire That Was Russia: The Prokudin-Gorskii Photographic Record Recreated.
Pokazano na niej 122 zdjęcia, które fotograf Walter Frankhauser zdążył do tego czasu obrobić w procesie nazwanym przez niego “digichromatografią”, co było procesem żmudnym; Frankhauser twierdził, że opracowanie każdej fotografii zajmowało mu 6-7 godzin. Później proces zautomatyzowano i zdigitalizowano w ten sposób wszystkie 1902 płytek z kolekcji, którą Biblioteka Kongresu odkupiła od spadkobierców  Prokudina-Gorskiego w 1948 r. 
Parę dodatkowych szczegółów poniżej, wybrałam co ciekawsze wg. mnie fragmenty z długiego opracowania w Wikipedii. 

Wracając do przesuwających się szufladek… Każdy tworzy sobie jakiś obraz świata  i historii. Porządkujemy poznane fakty, łączymy je w zgrabne pakiety z tym, co z danej epoki pozostało materialnego (malarstwo, rzeźba, architektura i przedmioty codziennego użytku), a także “duchowego”. Ducha epoki najlepiej poznać czytając ówczesną literaturę - czy to religijne przypowiastki, czy traktaty filozoficzne, wspomnienia, dzienniki podróży, fikcję czy nawet poezję. Z tego wszystkiego możemy wnioskować o pojmowaniu świata, przekonaniach i  odczuciach ludzi dawniej żyjących. Od mniej więcej połowy XIX wieku do tego zasobu środków poznawczych dochodzą jeszcze zdjęcia, czyli “obiektywny” zapis rzeczywistości. 

Problem polega na tym, że w mojej wewnętrznej szafie z szufladkami kolorowa fotografia tak naprawdę nie łączy się z obrazem początku XX wieku, czyli z tego okresu, z którego pochodzą zdjęcia, o których tu mowa. Prawdę mówiąc nie łączy się aż do lat 90-tych! Pół mojego życia, to świat czarno-białych fotografii; pierwsze zdjęcia mojej córki, chyba aż do szóstego roku, są wszystkie czarno-białe. Nie to, żeby kolorowe fotki wtedy nie istniały, ale ich robienie było raczej domeną zakładów fotograficznych i “specjalnych okazji”, a nie codzienności. Moja dokumentacja fotograficzna dzieli się ewidentnie na trzy okresy: najstarsze albumy, zwykle w formacie A4, w poziomie, z czarnymi stronami, zapełnione są zdjęciami czarno-białymi. Potem nadchodzi epoka albumów w różnych kształtach, rozmiarach i sposobach umieszczania w nich zdjęć; poczynając od plastikowych “kieszonek” do ich wsuwania, a kończąc na bardzo wytwornych, wielkich albumach z naklejaną na całość strony przeźroczystą folią - na zdjęcia kolorowe. No i obecna epoka zdjęć elektronicznych, z wirtualnymi albumami w pamięci komputerów, ewentualnie (coraz rzadziej) na płytkach.

Więc nawet czasy nie tak bardzo odległe, związane z moją osobistą historią, nie jawią mi się jako “kolorowe”. 
A im dalej w przeszłość, tym bardziej świat jest czarno-biały. Kolorowe fotki z II wojny światowej?… Obozów koncentracyjnych?… Hitlera?… Pewnie istnieją, ale nie w mojej głowie i raczej nie w powszechnej świadomości.
Lata międzywojenne?… Wszystkie fotografie z tamtej epoki, jakie pamiętam, są czarno-białe. Kryzys w Stanach… Żydzi na Kazimierzu w Krakowie… Już nie najmłodsza Wiktoria Wolf patrząca z ironicznym zatroskaniem w obiektyw aparatu…
Nie, nie, na pewno nie kolor!
Okopy pierwszej wojny światowej?… Dwupłatowce i dzielni piloci?… Rewolucja październikowa? - czerwona, ale w mojej wyobraźni zdecydowanie czarno-biała. Lenin w sepii, owszem, ale nigdy w kolorze!

Więc o czasach wcześniejszych już w ogóle nie ma co mówić. Panie w zwiewnych sukniach i kapeluszach jak koła wozów… Wąsaci lub brodaci, bardzo serio panowie w melonikach i z laskami… (nie w dzisiejszym znaczeniu słowa).
Te zdjęcia sugerowały obraz wewnętrzny uwidocznionych na nich osób jako coś bardzo odległego od naszej współczesnej mentalności. Byli INNI, to się czuło bez dyskusji; i nie chodzi tu tylko o kwestię mody, fryzur, a nawet nie wyłącznie o te sztywne pozy, jakich wymagała ówczesna technika fotograficzna. Ani nawet o ten brak koloru. Chodzi o ogólne wrażenie świata tak innego niż nasz.

Co jakiś czas, czytając literaturę z tamtych czy jeszcze dawniejszych czasów, łapałam się na silnym wrażeniu dysonansu - myśli, poczucie humoru, przekonania danego autora są mi bardzo bliskie, “współczesne”, a potem rzut oka na przykład na fotografię Mary Mauld Montgomery i całe wrażenie bliskości pryska.

Otóż, dzięki zdygitalizowanym i obrobionym komputerowo zdjęciom Prokudina-Gorskiego, odkryłam, że wrażenie to zawsze było tylko i wyłącznie wynikiem przestarzałej techniki fotograficznej, zakłamującej rzeczywistość (albo zakłamującej rzeczywistość w sposób odmienny, niż zakłamuje ją obecna technika zdjęć, które to zakłamanie przyjmujemy za rzeczywisty obraz świata). Ci ludzie byli zupełnie tacy sami jak my obecnie, to aż bije po oczach z każdego, nawet najbardziej egzotycznego, zrobionego w najbardziej zapyziałym kącie Carskiej Rosji zdjęcia!
Wyglądają one tak, jakby ktoś jeździł sobie po różnych miejscach i strzelał fotki trochę dziwnie ubranym ludziom, ale czego to ludzie w rożnych zakątkach świata nie noszą!

Chyba największe wrażenie zrobił na mnie autoportret Siergieja. Siedzi nad górskim potokiem; potok zwyczajny, zielone pagórki, trochę skałek w tle. Ot, niezbyt spektakularna górska wycieczka. Tylko że mężczyzna siedzący na kamieniu jest w stroju z innej epoki… Poza tym ta fotka wygląda, jakby była zrobiona wczoraj.



Wklejam parę fotografii, tych obrobionych. Ludzie, krajobrazy, miasta, przyroda, a nawet zabawy światłem, które musiały być wyjątkowo trudne przy tamtych uwarunkowaniach technicznych, wymagających zazwyczaj bardzo dobrego oświetlenia. Przeważająca większość zdjęć jest pozowana; aby naświetlić wszystkie trzy płytki, każda z innym filtrem, które dopiero po złożeniu tworzyły kolorową fotografię, potrzeba było jednak kilka sekund czasu; im ciemniej tym oczywiście czas dłuższy. Małe dzieci zwykle są “poruszone” na tych fotografiach. Tak samo ma się rzecz z wodą czy dymami z kominów. Ale i tak w kolekcji są ujęcia zaskakujące naturalnością, jakby robione w ruchu.

Pozowane czy nie, dzięki renderingowi dostosowującemu je do naszej współczesnej wizualnej wrażliwości, dają wrażenie zrobionych teraz, i to jest właśnie w nich takie dziwne.

I szkoda mi tylko jednego - popatrzę na nie jeszcze parę razy, szufladki ostatecznie przesuną się na nowe miejsca i kolejna rzecz zmieni się z kategorii “nadzwyczajne” na “aha, znam to”.













Wikipedia:

Oryginały:

When the three color-filtered photographs were not taken at the same time, anything in the scene that did not hold steady during the entire operation would exhibit colored "fringes" around its edges in the resulting color image. If it moved continuously across the scene, three separate strongly-colored "ghost" images could result. Such color artifacts are plainly visible in ordinary color composites of many of Prokudin-Gorsky's photographs, but special digital image processing software was used to artificially remove them, whenever possible, from the composites of all 1902 of the images commissioned by the Library of Congress in 2004.[12] The altered versions have proliferated online and older or third-party versions showing these tell-tale peculiarities are increasingly scarce.[13]



Aparat używany najprawdopodobniej przez Prokudin-Gorskiego

 Adolf Miethe designed a high-quality color camera of the sequential-exposure type which was manufactured by Bermpohl and available commercially beginning in 1903. Prokudin-Gorsky published an illustration of it in Fotograf-Liubitel in 1906. The most common model used a single oblong plate 9 cm wide by 24 cm high, the same format as Prokudin-Gorsky's surviving negatives, and it photographed the images in unconventional blue-green-red sequence, which is also a characteristic of Prokudin-Gorsky's negatives if the usual upside-down image in a camera and gravity-compliant downward shiftings of his plates are assumed.[14] An inventor as well as a photographer, Prokudin-Gorsky patented an optical system for cameras of the simultaneous-exposure type,[15] and it is often claimed or implied that he invented, or at least built, the camera used for his Russian Empire project. No definite written or photographic documentation of his field equipment is known to exist, only the evidence inherent in the photographs themselves, and no rationale has been suggested for going to the trouble and expense of building a functionally identical copy of a Miethe-Bermpohl camera instead of simply buying one.


Pokazy slajdów a wersje drukowane zdjęć

Although photographic color prints of the images were difficult to make at the time and slide show lectures consumed much of the time Prokudin-Gorsky used to demonstrate his work, photomechanical color prints of some were published in journals and books, and his studio issued some, most notably the Tolstoy portrait, as postcards and large photogravures.[4] Many of the original prints published by his studio still survive.[19]


Feb 23, 2014

PIĘKNY UMYSŁ



Minęło już pięć dni, a nadal trochę trudno mi się otrząsnąć.
Więc jak to jest - mieć miliony myśli na sekundę, pomysły wystrzelające w głowie jak race i energię, która nie pozwala zatrzymać się ani na chwilę. Materia musi zdawać się wtedy tak ciężka, jak ta w zwolnionym świecie “Robota” Wiśniewskiego-Snerga, gdzie piłka była znacznie cięższa, niż gdyby była wykonana z ołowiu, ale uciążliwym i bardzo powolnym naciskiem można ją było wprawić w ruch, jeśli się miało wystarczającą ilość cierpliwości. Tylko potem nie sposób było jej zatrzymać i zgniatała wszystko na swojej drodze. Gdy tymczasem my byliśmy już całkiem gdzie indziej, zajęci zupełnie inną sprawą.
To musi być przedziwne uczucie - widzieć twarze ludzi poruszających się tak wolno, tak wolno myślących i kojarzących fakty z tak beznadziejnym brakiem finezji. Nie chce mi się czekać na was, nie chce mi się oglądać na was, nie chce mi się próbować was poruszać, jak te ołowiane kule przylepione do podłoża i nie posiadające nic oprócz bezwładności. A ja jestem błyskiem, lotem, mgnieniem. Uwięzionym w waszym żałosnym, żółwim świecie.

A może to jest zupełnie inaczej. Na pewno. Nie sposób pojąć, jak działa mózg pędzący po alternatywnych torach. Wystarczy przypomnieć sobie “Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, żeby zrozumieć, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. A najdziwniejsze jest to, że również nie wiadomo, czy to, co widzimy my,  czyli ci jadący głównym torem,  jedynie z powodu wspólnoty naszego stadnego doświadczenia jest rzeczywistością. Na tyle już wyrośliśmy z pieluch ignorancji, że wiemy, jak niewielki ułamek świata postrzegamy. A na dodatek nasze maleńkie móżdżki wykorzystujemy w zaledwie 20% (o ile mój maleńki i niewykorzystany do końca móżdżek pamięta).

Zastanawiam się już od dłuższej chwili, czym zakończyć te rozważania na tematy tak wymykające się rozważaniom. I nie przychodzi mi do głowy nic lepszego, niż ten sławny kawałek Williama Blake’a:

Tiger, tiger, burning bright  
In the forests of the night,  
What immortal hand or eye  
Could frame thy fearful symmetry?

Feb 16, 2014

PRAWIE JANE



Jestem czytaczem kilku blogów literackich. Jednym z moich ulubionych jest Stuck in a Book. Właściwie nie wiem, kim jest autor, oprócz tego, że na imię ma Simon, jest, jak to określa “książkoholikiem”, wegetarianinem i bliźniakiem (sic!). Z kontekstu rozumiem, że zawodowo zajmuje się literaturą, wykładając na jakiejś angielskiej uczelni. Zapewne mogłabym go wygooglować, ale na razie odpowiada mi ten stopień zażyłości z autorem.

Z powodu Simona coraz bardziej wydłuża mi się lista książek, które chciałabym przeczytać. To frustrujące. Znowu myślę o tym, skąd niektórzy ludzie biorą czas na taką ilość czytania. Czy są lepiej ode mnie zorganizowani? Przeszli jakiś super-hiper kurs szybkiego połykania słów? Żyją w równoległej rzeczywistości, gdzie czas płynie inaczej?

Ale właściwie nie o tym chciałam napisać, tylko o dzisiaj zaprezentowanej przez Simona książce, którą może nie tyle bardzo chciałabym przeczytać, ale mieć… To “Volume the First”, czyli wczesne utwory Jane Austen - pisane między 12 a 15 rokiem życia, ale później przez autorkę opracowane.
Simon pisze:
“I don't think her juvenilia has all too obvious a connection with the style and genre of her novels (I don't know whether experts agree with that) - Volume the First etc. have rather more verve and excitable, surreal silliness than you'll find elsewhere.  In that way, it is perhaps closer to the books she was reading at the time than the form she made her own.”

Czyli zawartość interesująca raczej dla badaczy historii literatury niż miłośników stylu J.A.
Ale książki to nie tylko “zawartość”. Wszyscy zapaleni Czytacze na pewno ze mną się zgodzą. To też szorstkość lub gładkość okładki, ciężar w dłoni, zapach papieru, czcionka… A to wydanie jest wyjątkowe, sami zobaczcie… To prawie jakby trzymać oryginał, bo pismo i “layout” stron jest Jane; tak jak to przepisała ze swoich dziecinnych zeszytów… To trochę jak podróż w przeszłość, obcowanie z kimś, kogo tak bardzo chciałoby się poznać osobiście. 

Dopóki wreszcie nie wymyślą machiny czasu, taki erzac musi nam wystarczyć. Thanks, Simon!




Feb 12, 2014

WORDS, WORDS, WORDS


Mam niemal pewność, że napisano ich już dużo za dużo.
Widzę te wszystkie słowa, jak wychodzą spomiędzy stron książek, w których brakuje już im miejsca, i rozłażą się po całym domu. Są wszędzie - w lodówce, w kubku do mycia zębów, w cukierniczce. Dziś kilka znalazłam z szufladzie z bielizną, a pewne obce słowo uwiło sobie coś w rodzaju gniazdka w koszu na brudy.

Nie są agresywne, przynajmniej większość, ale dość upierdliwe. Człowiek wszędzie się na nie natyka, no i nie wygląda to estetycznie - czarne, małe robaczki łażące po ścianach, meblach, zasłonach i blatach, fuj. Sięgasz na przykład po chusteczkę do nosa i nagle, zbliżając ją do twarzy, widzisz jakieś paskudne, uczepione jej słowo. Jak "katarakta" albo "superintendent".

Moje koty początkowo próbowały je łapać, ale szybko znudziła im się ta wątpliwa zabawa. Słowa zupełnie biernie pozwalały im się chwytać, przewracać na grzbiet, rozczłonkowywać na sylaby i litery, połykać i wypluwać. A koty, jak wiadomo, lubią interakcję ze swymi ofiarami. Przynajmniej jakiś cichutki pisk z ich strony lub protest. Nic z tych rzeczy. Właściwie nie wiem czemu, przecież słowa na ogół są takie wymowne.

Dziś w nocy trochę się przestraszyłam, kiedy jedno słowo, zresztą dość banalne, weszło mi w czasie snu do ucha. Nad ranem wprawdzie wyszło drugim, ale skąd mam wiedzieć, co tak długo, gdy nie miałam kontroli nad moim umysłem, robiło w mojej głowie? Spotykało się z innymi słowami? Próbowało tworzyć związki frazeologiczne i konteksty? Asocjacje lub, nie daj boże, podteksty?... Bez wątpienia naruszyło moją prywatność.

Jutro mam zamiar kupić lep na słowa. No, wiecie, takie paski papieru posmarowane grubo tuszem drukarskim, które wiesza się na lampach i zwiesza z bibliotecznych półek. Ktoś musi zrobić z tym wreszcie porządek.







Feb 7, 2014

POWIEW CHICHU


Ostatnimi czasami było dość poważnie, a czasem przecież trzeba przewietrzyć mózgowe komóry zdrowym powiewem chichu.
Anonsuję niniejszym otwarcie półki z LIMERYKAMI. 

Jeśli kto czuje siłę w piórze, niech śle mi.
Na razie, pozwólcie, że się posłużę
Rymo-wersami TRĄBOWEMI.

(to NIE był oczywiście limeryk)

Limeryk będzie teraz:
Piękne panie, nadobni panowie, oto pierwszy z serii limeryków TRĄBY, czyli śpiewającego aktora i autora tekstów różnistych, którego zobaczyć, usłyszeć i może nawet dotknąć możecie w elitarnym muzyczno-literackim kabarecie “Trąba na Pniu”. Najbliższy wieczór latino w gościnnej przestrzeni Klubu Kultury Saska Kępa. już w tę niedzielę o 17, warto przybyć! (ja będę) Szczegóły na

A teraz obiecany limeryk:


Miss miasteczka Nowa Słupia

-"ciałkiem, ciałkiem..." nooo, niegłupia
nooo, niegarbata
"fiuta" od "fiata"
odróżnia, kiedy się skupia

Jan 29, 2014

SHAUN TAN: KSIĘGA RZECZY MAŁYCH



Siedzę przed… chciałam napisać “pustą kartką papieru”, ale oczywiście w dzisiejszych czasach to nieprawda… siedzę przed ekranem komputera, co brzmi znacznie gorzej, i tak naprawdę nie wiem, co napisać o zjawisku, jakim jest Shaun Tan.

Wszystkie słowa, jakie przychodzą mi do głowy, są pretensjonalne, egzaltowane - po prostu nieodpowiednie. Spróbujmy więc wyłączyć emocje, a skupić się na zwyczajnym opisie i paru faktach.

Świat, który kreuje Shaun Tan, zarówno jako ilustrator, jak i pisarz, to świat rzeczy małych (choćby czasem ich rozmiar był tak wielki jak rozmiar The Lost Thing), delikatnych, w pewnym sensie niedzisiejszych. Składany z wielką uważnością, ogromnym nakładem pracy i czasu. Świat codziennych niezwykłości. Świat sugestii, niedomówień, nastroju.




“Most of the time Eric seemed more interested in small things he discovered on the ground.”
Opowiadanie “Eric” z książki “Tales from Outer Suburbia”

Eric tak jak Shaun Tan skupia się na szczegółach, z pozoru nieważnych, które niewiele znaczą dla innych. On jednak w każdym z nich potrafi coś dostrzec, jakieś ukryte dno, uczucie, myśl, a czasem po prostu ukryte piękno, i przekazać nam.

To dobrze, że w tychże dzisiejszych czasach ktoś taki jak Shaun Tan tworzy - i jest doceniany. W 2011r. 15 minutowy film animowany oparty na jego książce “The Lost Thing” został nagrodzony Oscarem. Można go zobaczyć na http://www.snotr.com/video/10101/The_Lost_Thing_-_Short_Film
Zresztą nagród artysta otrzymał wiele, głównie w kategoriach związanych z twórczością dla dzieci, choć Shaun Tan jest chyba znacznie bardziej dla dorosłych (z duszą dziecka) niż dzieci (chyba że tych z duszami dorosłych).





Parę słów o jego inspiracjach, oprócz tych konkretnych jak film Brazil czy Żółta łódź podwodna:

“Paintings in galleries, an arrangement of clouds, a lighting effect, a picture in a newspaper, or indeed supermarket plumbing, incidents, textures and accidental compositions created by objects, things from other cultures and times, Polish poster art, streets, jokes, times of the day, people, animals, the way paint runs down a canvas, or colors go together.”


To tylko parę plamek słownych na wielkim białym płótnie pt. Shaun Tan. Jeszcze będę do niego wracać. Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się jakaś ładniejsza plama.