Mar 24, 2020

IM DALEJ TYM WESELEJ


Czego się zresztą spodziewać?
Dziś przeczytałam na Onecie o szpitalu w Grójcu, w którym od momentu początku epidemii do wczoraj, gdy szpital zamknięto, popełniono wszystkie możliwe i niemożliwe do wyobrażenia błędy, powodując rozprzestrzenianie się koronawirusa u personelu i pacjentów. Lekarz z gorączką upierał się, że będzie pracował. Pielęgniarze, którzy nie chcieli z nim jeździć karetką zostali napiętnowani. Gdy test lekarza okazał się pozytywny, nie oddkażano jego gabinetu przyjęć i nie przebadano wszystkich osób, z którymi miał styczność. Testy zrobił sobie przede wszystkim zarząd, dla wielu pracowników stykających się z pacjentami zabrakło tej możliwości. W którymś momencie dużej części personelu kazano zostać w domu - przez wiele dni nie mogli doczekać się wyników testów, bo pierwsze laboratorium zamknięto, a w kolejnym pierwszeństwo miały próbki pracowników ministerstwa rolnictwa. Jeden z pacjentów zmarł w trzy godziny po wypisaniu ze szpitala - na koronawirusa. Itp itd. W końcu cały szpital zamknięto - super rozwiązanie! Czyli typowy polski (choć zapewne nie tylko) bajzel. 
Mój mały przyczynek do rozmiarów absurdu: 
Mamie kończą się przyjmowane na stałe leki na ciśnienie i pamięć. Prawie rok temu, by zapewnić jej (i sobie) komfort opieki zdrowotnej zapisałam ją do Medicover Senior, który obiecuje m.in. opiekę zindywidualizowaną, tzn. znajomość pacjenta, jego stanu i badań, i indywidualne “prowaadzenie go”. Tymczasem właściwie za każdym razem przyjeżdża inny lekarz i nic o Mamie nie wie… Ale wracając do kończących się leków. Poprosiłam o receptę elektroniczną na kolejne miesiące, oto kuriozalna odpowiedź, jaką otrzymałam:

“Witam serdecznie Pani Mario,
Dziękuję za wiadomość.
Niestety nasz system e- recept jeszcze nie funkcjonuje.
Istnieje natomiast możliwość zrealizowania  wizyty w domu u pacjenta na której lekarz wystawi Państwu receptę.
Będę wdzięczna za informację, czy wyraża Pani zgodę na wizytę w domu.”

Wizyta domowa lekarza w czasie trwania epidemii u 90latki, która czuje się dobrze, a jedynie jedynie potrzebuje leków przyjmowanych na stałe od kilku lat! I to propozycja od firmy, która ma w systemie całą Mamy historię medyczną!…

Odpisałam, że lekarz może przyjechać i przez bramę odbiorę receptę, ale wydaje mi się to stratą czasu lekarza, który w czasie pandemii ma zapewne co innego do roboty (niż narażać najbardziej zagrożone starsze osoby na zarażenie zupełnie bez powodu - tego już nie napisałam).

Aby sprawiedliwości stało się zadość dopowiem, że skończyło się na tym, że Medicover zlecił innej firmie videokonsultację i wystawienie e-recepty przez lekarkę, która nic o Mamie nie wiedziała i której nawet Medicover nie przesłał wysłanej do nich przeze mnie listy leków,  na które miała wystawić receptę. Sprawę załatwiłam więc - będę mieć leki dla Mamy na najbliżesze 3 mieisące, ale pytanie pozostaje - jak to możliwe, żeby firma medyczna proponowała zupełnie niepotrzebną wizytę domową u 90latli w czasie pandemii?!

Mar 19, 2020

OPERACJA SKLEP


Byłam w sklepie. To niezłe przedsięwzięcie logistyczne, podejmowane mniej więcej co tydzień. Sprawdzić stan artykułów bieżących i zapasów. 
Lista. 
Pojechać jak najwcześniej rano w celu:
a. wejścia do sklepu jak najmniej “nawirusowanego” przez godziny obslugi (zarażonych) klientów
b. spotaknia jak najmniejszej ilości ludzi
c. trafienia na jak najmniej ogołocone pólki.
To ostatnie dziś się udało - było w zasadzie wszystko, łącznie z papierem toaletowym. 
By zrealizować punkt b. latałam jak oszalała po Biedronce z końca w koniec, ludzi wprawdzie nie było wielu, ale niektórzy w ogóle nie przejmowali się odległością min 1 m, co według mnie jest stanowczo zaniżone; parli na mnie, a ja wtedy uciekałam w boczne alejki i przejścia. Nie wiem, czy nie wyszłam na tym gorzej, spędzając w rezultacie w sklepie dużo więcej czasu, niż gdybym metodycznie szła jak zwykle wytyczoną ścieżką od półki do pólki.
Tym razem nie wzięłam rękawiczek z domu, bo przy poprzedniej akcji ręce tak mi się w nich spociły, że prawie z nich kapało. Myślałam, że znajdę te duże, “przewiewene” na półce z warzywami, ale były dopiero przy pólce z pieczywem. Na pałąk wóżka, którego dotykają setki rąk, nałożyłam woreczki plastikowe. 
Kasa to punkt newralgiczny - trudno pakując zakupy i płacąc nie zbliżyć się do kasjerki na odległość na pewno mniejszą niż 1 m. A ona przecież zbiera na siebie wszystkie wirusy od wszystkich klientów. 
Procedury domowe po powrocie:
  • umyć ręce mydłem antybakteryjnym, przebrać się, skropić włosy 75% roztworem spirytusu (to ostatnie to chyba lekka przesada, ale co mi tam)
  • umyć mydłem wszystkie produkty, które da się umyć mydłem
  • skropić 75% roztworem spirytusu wszystkie produkty, których nie da się umyć mydłem
  • natrzeć spirytusem wszystkie “zakażone” wyjściem przedmioty: klucze, klamki, włączniki światła, portfel, rączki torebki; klamki w samochodzie, kterownicę, rączkę zmiany biegów i hamulec ręczny.

W bagażniku zostawiłam wszystkie niepsujące się zapasy: puszki, ręczniki papierowe, detergenty. Niech sobie przejdą kilkudniową kwarantanne, na razie ich nie potrzebuję; a dzięki temu nie będę ich musiała myć i pryskać. Sprytnie, co?

Mar 18, 2020

NIE TAKA PIĘKNA KATASTROFA

Dziwne urodziny. Zapewne najdziwniejsze. Balast niepewności, gula w gardle i słoneczny ogród za oknem. Przymusowe więzienie, w pewnym sensie przyjemne - nikt niczego nie chce, nie wymaga i nie oczekuje, wszystko w zawieszeniu. Piękna katastrofa Filifionki, która zmienia nudne, oklepane reguły codzienności w nieznane.
Pamięć mam dziurawą, zgrabnych cytatów nie potrafię wyciągać z głowy; zwykle kołacze mi gdzieś tam ich sens czy przesłanie (często okazuje się zresztą, że i to przekręcam); na ten czas mam słowa kogoś (Manna?) o podróżach - że nic nie odświeża tak poczucia czasu jak zmiana miejsca. Równie dobrze, a nawet lepiej, można by to powiedzieć o katastrofach. Wypadliśmy z kolein, przed nami szara mgła czy nawet czarna dziura...
"Przeżyją introwertycy i osoby aspołeczne" napisał Maciek, powinnam więc przeżyć. Prawdę mówiąc to nie "nieprzeżycia" się boję. Bardziej totalnego zawalenia wszelkich działających do tej pory mechanizmów społecznych, umożliwiających codzienne życie.
Kilka lat temu miałam małą obsesję na stworzenie samowystarczalnej wyspy/siedziby, która miałaby mnie i moich najbliższych uchronić przed sytuacjami, jak ta, w stronę której być może zmierzamy, czyli kompletnego paraliżu zaopatrzenia, dostaw prądu i wody, załamania bankowości i wszelkich form społecznego współdziałania. Ale bądźmy realistami - takiego miejsca nie ma w naszym zasięgu. Bo nawet jeśli byłoby, to tylko na chwilę dłużej - gdy wszyscy inni nie będą mieć środków do przeżycia, to wkrótce i my nie będziemy. Przyjdą i zabiorą, i trudno ich winić. W tej sytuacji przeżyją tylko najsilniejsi i najmniej mający skrupułów. No i ci bogacze w podziemnych bunkrach. Czyli jednak nie ja.
Taka opcja czai się gdzieś w zakątku mojej głowy jako grand finale, ale zanim do tego miałoby dojść, to i tak jest parę innych nieprzyjemnych etapów wcześniej. Najbardziej realistyczny i czasowo bliski - brak jedzenia. Puste półki już dziś straszą po sklepach i moich snach.
Na razie uczucie strachu nie jest dominujące, przypomina trochę ćmiący ząb, o którym na chwilę da się zapomnieć, ale jednak to nieprzyjemne wrażenie gdzieś w tam tle się czai i podzwania cichym dzwoneczkiem trwogi dzyń dzyń.

Sep 18, 2015

Lewiatan dmuchany, czyli pochłaniająca moc teatru

Prawie pół roku.
Nie było mnie tu, byłam całkiem gdzie indziej. Na polu walki, na poligonie, na rżysku, na kartoflisku, machałam motyką, pędzlem, batutą, połamanymi skrzydłami, biegałam, kręciłam się w kółko, rwałam włosy z głowy, waliłam głową w mur i deski sceny...
A co weekend zjawiały się małe aniołki i małe diabełki, i niczego, jak to one, nieświadome, pochłaniały swoimi ciekawskimi, świdrującymi oczkami, cały ten stworzony dla nich domek z kart, zamek na lodzie, cukrowy pałac i cyrk na kółkach.
Teatr działa, choć przyprawia niemal o zawał - jak teraz, kiedy nie wiadomo właściwie dlaczego, po kilku tygodniach, gdy nam odpuścił, znów straszy a to zerwaną umową, a to pustkami na widowni z niewiadomej przyczyny.
Jednego można być pewnym - że niczego pewnym być nie można.
Tysiące spraw czekających na załatwienie, ciągnących się jak smętne przemoczone pawie ogony, feeryczne obietnice, oklapłe zanim nabrały kształtu. Ale nie oglądamy się do tyłu, o nie, w gorączkowym zaaferowaniu pędzimy w przyszłość, ku kolejnym sprawom i jeszcze nie odkrytym magicznym światom.
Czy będzie to Książę Niezłomny?... Czekając na Godota?... A może Walkiria?...
Nie do końca... Pewnie kolejne Kółko i Kwadrat czy Dobranoc, Tłuściutka Poduszko.
Bo najśmieszniejsze jest to, że gdy się coś robi naprawdę, to czy to jest Wielkie czy całkiem Tycie, to pochłania nas równie bezwzględnie, niby trzewia Lewiatana, co z tego że w tym wypadku dmuchanego.



Mar 2, 2015

POD ŚCIANĄ, ALE DO PRZODU




Dzieje się, oj, dzieje tak wiele, że nie ma czasu na refleksję - najwyżej na bezsenne noce. 
Już tyle zostało pominięte, że aż nie wiadomo, nad czym się pochylić.
A może skrótowy ogląd sytuacji, pt. gdzie jesteśmy?

Jesteśmy w Soho. To już oficjalne, zdecydowane, klepnięte i co tam jeszcze.
Jesteśmy Spółką Cywilną (od wczoraj).
Jestem Kierownikiem Budowy, a moja współspółkowniczka, W. - Kierownikiem Strony w Budowie.
Jesteśmy strasznie zalatane i zarobione.
Jesteśmy zadowolone i… przerażone.
Jesteśmy osobami, które przelewają coraz większe sumy z własnych kont na konta cudze.

Na zdjęciu (z wczoraj), kiedy celebrowałyśmy nasz oficjalny początek jako s.c. TEATR NIEWIELKI, jesteśmy pod ścianą. Ściana jest nowo postawiona i oddziela przyszłe foyer od przyszłej sali teatralnej. Ja patrzę w ścianę, W. patrzy w podłogę - coś to niby symbolizuje, ale co?… To się okaże. 

P.S.

Zdjęcie zrobił nam Paszczak. Ma nam oficjalnie robić fotki, ale muszę go zapytać, czy chce się ujawnić czy woli pozostać anonimowy.

Feb 7, 2015

PARA-BUCH

Nagle - gwizd! Nagle - świst! Para - buch! Koła - w ruch!

Ruszamy! A przynajmniej tak nam się wydaje… Mamy tylko ustne zapewnienia, że “wszystko będzie w porządku” i “się załatwi”. Nie mamy jeszcze umowy - a już wchodzimy w koszty. Taka niestety stojąca na głowie procedura - bo zanim umowę podpiszemy, musimy mieć od zarządu Soho zgodę na nasz projekt - nie tylko koncept i ideę teatru, ale i plan adaptacji. A ponieważ wlazła nam w szprychy naszej lokomotywy ta cała nieszczęsna wentylacja, której projektu “własnymi siłami” zrobić się nie da, to wyłożyć pieniążki, wcale niemałe, już trzeba.

No, ale przynajmniej zaczęło się dziać, bo postój ja stacji Niewiadomocodalej trwał stanowczo zbyt długo. Główne osiągnięcie ostatniego tygodnia, którym nawet nie bardzo miałam się ochotę dzielić z powodu niepewności, czy skład w ogóle jeszcze ruszy, to pierwszy etap tworzenia naszej identyfikacji wizualnej, pt. logo. Myślę, że wspaniałe dziewczyny z firmy projektowej, nomen omen, PARA-BUCH nie pogniewają się jeśli zaprezentuję światu ich rewelacyjne pomysły.

Pomysł 1:



Pomysł 2:


Wybrałyśmy… drugi, choć i pierwszy bardzo nam się podobał. Ale drugi jest bardziej teatralny, oryginalniejszy i wieloznaczny.
Jedziemy!

Feb 3, 2015

FRANKOŚCISK



Siedzę w oddziale banku, który przez te lata, gdy jestem ich klientem, nieźle sobie radził, o czym świadczy wypasione wnętrze z przedziwną cylindryczną konstrukcją na środku - czymś w rodzaju miniaturki Stadionu, z tym że pasy są pionowe i granatowe (w kolorze loga banku), nie biało-czerwone. Już widzę archeologów przyszłości, którzy piszą mądre dysertacje na temat “wewnętrznej świątyni”, do której wstęp mieli tylko wybrani wierni oraz najwyżsi rangą kapłani bożka Mamony.

Czekam na mojego “doradcę”, który przez te lata niewiele mi doradził, a jeśli już to na pewno nie były to posunięcia korzystne dla mnie, zdecydowanie jednak korzystne dla banku. Człowiek uczy się na błędach, ale edukacja finansowo-inwestycyjna przyszła zdecydowanie za późno dla mojego pokolenia; obawiam się, że już niewiele czasu mi zostało, by naukę zastosować i wyciągnąć z niej jakieś korzyści. A tyle jest rzeczy, o których dziś wiem, że zdecydowanie nie powinnam ich robić! Pierwsze na liście jest:
- nie ufaj doradcom finansowym - oni na swoich poradach wyjdą na pewno dobrze, ty - na pewno źle.

Więc co robię dziś w banku i jaki to ma związek z wiodącym ostatnio tematem moich zapisków, czyli zakładaniem teatru? Teatr to też biznes, na biznes często bierze się kredyt. Ja kredytu nie biorę. Ja go mam. I to we frankach. Czy muszę mówić więcej?

Z powodu ostatnich wydarzeń perspektywa płynności finansowej zdecydowanie mi się skróciła, więc dziś podejmuję próbę, żeby choć trochę ją na powrót wydłużyć. Zobaczymy. Moim planem są tzw. wakacje od kredytu, co pozwoliło by mi na szerszy oddech i skupienie się na teatrze. Ambitny plan, ciekawe, czy osiągalny. Być może będzie konieczna kolejna wizyta i spotkanie z “dyrektorem”, bo doradca zapewne zaproponuje mi rozwiązania standardowe, które, o ile zdążyłam się zorientować, i tak mnie nie dotyczą, bo większość z nich dawno załatwiłam sama (jak np. kupno franków nie od banku, którego spread należy do legendarnych). Zobaczymy.

Czekam nie dlatego, że doradca niegrzeczny, tego nie mogę mu zarzucić, ale dlatego, że przyjechałam za wcześnie. Musiałam napisać to zdanie, żeby mój osąd banków, który na pewno przyszłe pokolenia będą czytać z wypiekami na twarzy, był surowy, ale sprawiedliwy. Czy jeszcze coś dobrego mogę powiedzieć o banku?… Hmm.

O tak! Przypomniałam sobie właśnie, że w czasie szczerej rozmowy z dyrektorem tegoż banku, wiele, wiele lat temu, gdy brałam rzeczony kredyt, kiedy przycisnęłam go do ściany pytaniem, czy jeśli będę miała środki na spłacenie (a kurs będzie korzystny), to lepiej kredyt spłacić czy trzymać pieniądze “na wszelki wypadek”, na czasy, gdy pozbawiano pracy nie będę mogła liczyć na żadne kredytobranie. Długo próbował się wykręcić, ale w końcu spojrzał mi w oczy i powiedział: “Długotrwała spłata kredytu jest korzystna dla banku.”
Że też akurat z tej sugestii nie wyciągnęłam właściwych wniosków (gdy mogłam!)…

Jeśli marzę czasem, żeby czas się cofnął i żebym znów miała mniej o te naście lat, to nie po to, by szaleć i łamać męskie serca swą młodzieńczą urodą, a w zasadzie tylko po to, by nie popełnić tych samych błędów i złych decyzji finansowych… Och, cofnąć się do choćby wiosny 2006! Już bym teraz wiedziała, co i jak robić!


P.S. Już po rozmowie. Coś tam może da się ugrać, ale ilość papierów, jakie muszę zgromadzić, jest znacznie większa niż przy zaciąganiu kredytu… Przy czym zdobycie niektórych będzie wymagało znacznego samozaparcia i mnóstwa godzin straconych na to, co Tygrysy lubią najbardziej, czyli na chodzenie po urzędach. Chciało ci się, babo, kredytu, to teraz się męcz.

(odc. 17 powieści grozy pt. "jak nie zakładać teatru") 

Jan 24, 2015

W TAK ZWANYM MIĘDZYCZASIE


Martwa cisza w oku cyklonu.
Trwamy w zawieszeniu - na razie żadnych wieści z Soho.
W międzyczasie rozglądamy się za innymi miejscówkami - choć bez tej wiary i entuzjazmu jak na początku - i rewizytowałyśmy kamienicę na ul.Ś., która stanowi alternatywę pt. Właściwie Nie Teatr A Miejsce Quasi Teatralnych Zajęć Dla Maluchów.
Miejscówka jest urocza - piękne, eleganckie wejście od zadbanego podwórka odrestaurowanej z pietyzmem kamienicy, zejście po wykładanych czarno-białymi kaflami schodach do sali w suterynie, bardzo jasnej i “czystej” - bielutkie ściany, drewniana podłoga, bardzo oryginalny sufit kolebkowy z cegły… i dwa słupy (niegrube) na środku. Może nawet dałoby się z nimi żyć - jeden przeszkadzałby nieco widzom, drugi musiałby stanowić integralną część każdej scenografii. Wnętrze podobałoby się na pewno bardziej mamom maluszków niż nasze artystyczne, postindustrialne Soho. 
Więc czemu nie myślimy o tym z entuzjazmem?
Po pierwsze - jest mniejsze (90m2 zamiast 125 - bez możliwości oddzielenia foyer), no i te słupy! Mniej widzów - mniejsza możliwość zarobienia na siebie.
Po drugie - na razie nie ma opcji na wynajęcie na stałe. Od kwietnia można by wynajmować na weekendy. Czyli mogłoby to być miejsce startowe, treningowe - ale nie docelowe. A już tak nam się marzył “nasz teatr”! A nie sala, z której po każdym ostatnim spektaklu trzeba sprzątnąć wszystkie dekoracje. Co łączy się z faktem, że musiałyby być one naprawdę mini-mini. Żadnych też podestów teatralnych, reflektorów, kulis… Jeśli w "prawdziwym" teatrze spektakle odbywają się w foyer - jak to najczęściej ma miejsce w wypadku przedstawień najnajowych, czyli tych dla najmłodszych widzów - to ma się jednak poczucie, że to “teatr”.
Jeśli jednak ten sam spektakl odbyłby się w jakieś wynajętej sali - od razu zacząłby przypominać jakieś zajęcia teatralno-warsztatowe dla dzieci - w najlepszym razie - a chałturę w najgorszym.

Ta sala idealnie nadaje się do kameralnych zajęć jogi, a nie na teatr. Oczywiście też nie spełnia wszystkich wymogów Sanepidu, które ostatnio poznałyśmy na prywatnej audiencji u p.Wiktorii z Wypchanym Półptakiem na ścianie…  Sala jest za niska, a i wentylacja na pewno nie pompuje 20m3 powietrza na godzinę na każdą przebywającą osobę, i zdecydowanie nie jest dostosowana do przebywania niepełnosprawnych… (ale ponoć jest klima). Gdybyśmy jednak wynajmowały tylko na godziny, to nie nasz problem. 


Czyli czekamy. Nie bezczynnie, bo mamy setki rzeczy na naszej liście pt. TO DO, ale od punktu nr 1 zależy w zasadzie wszystko i mam nieprzyjemne wrażenie “pozornego działania”, gdy myślę o tych innych rzeczach, które robimy, by nie czekać bezczynnie.

Jan 21, 2015

CIAŁO WYGINAM NIEŚMIAŁO

Teatr, jak każde żywe stworzenie, ma ciało i duszę. Na tym etapie moich z nim stosunków sprawy cielesne przeważają. Te trywialne, banalne, męczące, czasem nawet niesmaczne.
Moja córka, czyli K., zwróciła mi i słusznie uwagę, że te zapiski zrobiły się okropnie nudne; kogo obchodzą (oprócz niżej podpisanej) procenty, słupy i użeranie z wszechpotężną machinerią administracji. Kafka ze mnie żaden, więc rzeczywiście wieje z tego banałem i męką codzienności, której każdy ma dość we własnym życiu.

Ale musimy przez to przejść. Niekoniecznie razem - ja muszę, a że z założenia te zapiski mają być czymś w rodzaju dokumentu drogi, to muszę brać pod uwagę ryzyko, że niektóre jej odcinki będą nieciekawe i nie nieść niczego oprócz wyczerpania dłużącą się podróżą.

Tyle w ramach wyjaśnienia. 

A jeśli miałabym z dzisiejszego kawałka szarej rzeczywistości pt. spotkanie z Rzeczoznawcą Sanepidu wydobyć jakieś barwy, to zwróciłabym uwagę na kilka smaczków:

Smaczek Pierwszy
Pani Wiktoria (rzeczony rzeczoznawca), malutka, żwawa kobietka po sześćdziesiątce, mieszka w przedwojennej kamienicy, niewystawnej, o nie, bez stiuków, fikuśnej klatki schodowej i innych przedwojennych rozkoszy architektonicznych - ale za to z dodatkowymi (węższymi) drzwiami do każdego mieszkania, służącymi bezkolizyjnemu docieraniu służby na jej stanowisko pracy. Obywatel przed wojną nie musiał być bardzo bogaty, ale służbę posiadać wypadało.

Smaczek Drugi
W mieszkaniu pani Wiktorii roi się od połyskliwych, powykręcanych, przeszklonych i zapełnionych bibelotami solidnych mebli (bynajmniej nie antyków). Ale najdziwniejszą rzecz zobaczyłam na ścianie - obraz z kaczką, nie namalowaną, o nie - ale kaczką “jak żywą”, bo zrobioną z ciała?… a na pewno z piór żywego (niegdyś) ptaka - a teraz zamienionego w koszmarkowatą martwo-płaskorzeźbę. Czyli martwa natura w 3D na ścianie w przedpokoju. Cudo.

Smaczek Trzeci
Uwaga, wchodzimy w rejony metafizyki stosowanej. Otóż po rzeczonej wizycie u rzeczonej rzeczoznawcy (czyli znawczyni rzeczy) weszłyśmy na chwilę z W. do malutkiej kafejki w tym samym (podwójnodrzwiowym) budynku. Zaczęłyśmy rozmawiać o wentylacji i przybiegła do nas wystraszona właścicielka z zapytaniem, czy jesteśmy z jakieś “kontroli”, bo dopiero skończyli system wentylacji w lokalu, i czy są jakieś problemy z odbiorem?… Od słowa do słowa zgadaliśmy się z nimi (z właścicielką i jej mężem, bardzo miłymi ludźmi, choć zdecydowanie było po nich widać, że prowadzenie tego biznesu na razie ich wyczerpuje nerwowo) - i dostałyśmy kontakty na “najbardziej rzetelnych i tanich” projektanta i wykonawcę wyżej wspomnianej wentylacji, których bardzo nam trzeba. Zbieg okoliczności, przypadek, szczęśliwy traf, przeznaczenie?… To się jeszcze okaże.


Ho ho ho ho, jutro Soho.

Jan 17, 2015

W KOŁO MACIEJU



Pytanie: jakie normy musi spełniać lokal, w którym ma być teatr - odpowiedź: proszę zrobić projekt adaptacji, rzeczoznawcy (sanitarni, p/poż, ewentualnie bhp) zaopiniują.
Ale nie ma sensu wynajmować sali, jeśli z góry wszystko wskazuje na to, że jej adaptacja w celu spełnienia norm może:
  1. być zbyt droga 
  2. być niemożliwa
Dlatego chcielibyśmy poznać te normy. Prosimy więc o wytyczne - jakie warunki musi spełniać lokal, który ma być teatrem na max 50 widzów, w tym połowa - dzieciaki? Szczegółowy projekt, który damy do zaopiniowania rzeczoznawcom (sanitarnym, p/poż, ewentualnie bhp) to będzie następny krok.
Proszę najpierw zrobić projekt adaptacji i dać do zaopiniowania rzeczoznawcom.
Ale nie możemy najpierw wynająć lokalu, a dopiero potem dowiedzieć się, że się nadaje albo nie nadaje. Prosimy o informację, jakie normy lokal musi spełniać.
Proszę zrobić projekt adaptacji i dać do zaopiniowania rzeczoznawcom.
Ale…
Proszę zrobić projekt…
Ale…
Zrobić projekt…
Ale…

Zrobić!

Jan 14, 2015

DUCHOTA I ZAPCHAJDZIURA



Była faza słupów, teraz jest faza podestów - śnią mi się po nocach; te większe i mniejsze, z nogami długimi na kilka metrów i króciutkimi jak u jamnika; składającymi się teleskopowo i zginającymi pod wszystkimi możliwymi kątami. Jeszcze żaden mnie nie gonił, ale to tylko kwestia czasu. 
Rzecz polega na tym, że Teatr Konkurencyjny podesty teatralne ma, a więc wygląda na to, że i my musimy mieć… :) A nie są tanie (jak w ogóle profesjonalne teatralne wyposażenie). Z grubsza biorąc jeden kosztuje ok. 2 tysięcy - z nogami regulowanymi, ale jeszcze bez klamer do spinania blatów, ani klamer do spinania nóg. Przy wycenie, naiwniaczka, się dowiedziałam, że podesty trzeba ze sobą spinać! Ale najdziwniej jest z prostą barierką na tył podestu, którą montuje się do ostatniego rzędu, gdy nie są oparte o ścianę - ten wygięty kawał atestowanej rurki kosztuje tyle co cały podest o wymiarach 0,5 x 2 m… Barierki trzeba więc chyba będzie sobie darować. Ale oznacza to, że grać się będzie tylko na jedną stronę - a tak podobała mi się wizja “otwarta”!

Właściwie czemu słupy przestały mi się śnić, nie wiem. Jeden z nich jest zmorą właśnie w kontekście podestów, bo wyrasta sobie w miejscu, gdzie planujemy widownię. Ma przekrój kwadratu o wym. 25 x 25 cm, więc nie ma opcji, żeby nasze podesty go otoczyły - no i zostaje dziura, w którą na pewno niejeden maluszek wpadnie, łamiąc sobie swoje malutkie rączki i nóżki. O je jej! Trzeba więc znaleźć jakąś (jaką?) zapchajdziurę…


Nadal żadnych konkretnych wieści w najpoważniejszej obecnie sprawie, tzn. wentylacji. Ogólna duchota (ale nie ducho-upadek).

Jan 11, 2015

ZAMKI NA KARTCE PAPIERU


Skala, mierzenie, kreślenie, mazanie, kombinowanie… ach, jak to lubię! Ze względu na słup, podestów w jednym układzie sali zmieści się 6 i “pół”, w drugim, prostopadłym 6. Czy wystarczy miejsca dla widzów? Musi, jest jeszcze podłoga; ewentualnie można się zastanawiać nad półmetrowymi podestami, ale to wyjdzie dużo drożej. 
Inna opcja to powiększenie sali teatralnej o ok. 70 cm (do słupów), wtedy wchodzi 1 podest (2m x 1m) więcej. I może tak trzeba będzie zrobić. Ale foyer robi się trochę małe…

Czekamy na jutrzejsze wyceny od dostarczycieli dóbr teatralnych - atestowanych i strasznie drogich. To nam da jakie takie pojęcie, jak nasze założenia mają się do brutalnej rzeczywistości… Co szczególnie ważne w kontekście Strasznego Odkrycia z czwartku, pt. Brak Wentylacji.

Każdego dnia dowiadujemy się więcej; dzisiaj zrobiłam poprawki do kosztów wstępnych - sporo urosły, ze względu na wentylację i parę innych zapomnianych lub niedoszacowanych rzeczy - np. wyleciała mi z głowy miesięczna kaucja, bardzo niedoszacowałyśmy utworzenie strony, no, ale W. chce, i słusznie, żeby od razu była maksymalnie przyjazna, z płatnościami PayU i innymi bajerami; nie miałam też zarezerwowanych środków na różne ekspertyzy, a na pewno będą potrzebne. 

Mimo wszystko nadal jesteśmy poniżej górnej granicy wyznaczonej na inwestycję, tylko że margines zrobił się już cieniutki…

Wracam do mazania po planach - to naprawę przyjemna zabawa. W ogóle praca nad tym projektem sprawia mi wiele frajdy - mimo strachu gdzieś tam z tyłu pt. A co, jeśli nam nie wyjdzie? 

Ale, jak to mówią w zagranicznych krajach: no risk no fun.


Jan 9, 2015

RATUNKU!


Jestem na to za głupia.

Co to znaczy, że będąc teatrem można być przedmiotowo zwolnionym z podatku VAT, skoro bilety i tak są obciążone 8% VATem???

Przychody teatru to wyłącznie bilety. Więc niby co jest zwolnione z VAT?


Czy jest ktoś, kto to rozumie? Ratunku!

Jan 8, 2015

SHIT HITS THE FAN




Frustracja. A wszystko szło już tak dobrze. Za dobrze?
Parę dni temu dogadaliśmy się z Soho finansowo, ogromna radość, choć celebrację przełożyłyśmy na moment podpisania umowy, a do tego jeszcze dość daleko. Najpierw musimy zrobić plany adaptacji i uzyskać ich zatwierdzenie. 

W tym celu dziś o 10,30 byłam umówiona z szefem ekipy (panem inż. M.S.) i projektantem wnętrz (czyli Miki).  Najpierw dzwoni Miki - chora. Potem, w czasie prawie dwugodzinnego omawiania technicznych aspektów przebudowy z inżynierem, nagle rzeczony inżynier pyta: “A gdzie tu jest wentylacja?”

Wentylacji - grawitacyjnej ani wspomaganej - nie ma. Czy można sobie wyobrazić salę teatralną, nawet na jedyne 50 osób, bez wentylacji?!
No, właśnie.
W pierwszym odruchu myślę sobie, o kurczę, trzeba będzie dorzucić parę tysięcy do i tak napiętego budżetu, trudno. Ale inż.M.S. niemal natychmiast dodaje: “To będzie kosztowało kilkadziesiąt tysięcy”. 

I tu mnie dobił. Kilkadziesiąt to nie dwadzieścia, a bliżej, jak się okazało,  60-ciu… Zależy trochę od konkretnych przepisów dotyczącej danej działalności. A jak tu dotrzeć do tych przepisów? Nie można wpisać w googla: “mały teatr dla małych dzieci przepisy przeciwpożarowe i bhp”, to znaczy można, ale nic z tego nie wyjdzie. 

Być może działalność będziemy musiały ustawiać pod przepisy bhp, a nie odwrotnie. 


Ulubione powiedzonko Vonneguta okazało się w tym wypadku jak najbardziej trafne - wentylator zabździł nam świetlaną przyszłość.

(10 odc. powieści grozy "jak nie zakładać teatru")

Jan 5, 2015

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI



Jest wczesna jesień. W. i M. jadą samochodem w kierunku północnym, W. prowadzi, M. myśli o tym , jakie to dziwne, że nad morze można dojechać w trzy godziny!… Po prostu nigdy dotąd, przez całe swoje niekrótkie w końcu życie pełne nadmorskich wycieczek, nie wpadła na to, że plaże ciągną się również na prawo od Trójmiasta!



Ale nawet trzy godziny to długo jak na milczenie, więc oczywiście rozmawiają. O tym i owym, jak to osoby, które znają się przeszło od ćwierćwiecza albo i dłużej (na pewno dłużej). No i niechybnie rozmowa schodzi na plany życiowe M., która to M. przed rokiem wyskoczyła z dobrze naoliwionych torów, wzdłuż których jeździła w kółko i w kółko przez jakichś lat siedemnaście, i miała już od tego kręcenia się mdłości. Trudno więc się dziwić, że kiedy jej ciuchcia się wykoleiła, poczuła więcej ulgi, niż czegokolwiek innego. No, ale ulga ulgą, a coś trzeba by zrobić z własnym życiem. Miniony rok pełen był różnych Podejść i Konceptów, nadszedł jednak czas najwyższy na jakieś Konkretne Decyzje. 
Ulubionym scenariuszem M. jest mała i cicha Księgarenko-Kawiarenka, w której mogłaby spokojnie oddawać się czytaniu książek, rozmowom o książkach i pisaniu książek (tak to przynajmniej w naiwności swej wyobraża sobie).
W., wysłuchawszy cierpliwie zachwytów nad życiem wśród książek, mówi:
- A może lepiej teatr? No, wiesz, taki dla maluchów.
M. łapie się za głowę.
- Teatr?… Teatr, nawet dla maluchów, to ogromne przedsięwzięcie. Już sam lokal (w porównaniu z Księgarenko-Kawiarenką), musi być kilkakrotnie większy! No i na pewno nie można go zrobić w jedną czy dwie osoby… A wyposażenie teatralne? Aktorzy?  Spektakle? Reklama? Nie, nie, nie, to odpada!
Przestają więc mówić o teatrze, znów mówią o książkach. M. ma nawet fajny pomysł na nazwę “Między Słowami”, a W. na działania nietypowe: Księgarnia Objazdowa, albo Wymienialnia Książek… 
Po powrocie znad morza prowadzą rozeznanie; odwiedzają Czułego Barnarzyńcę i pokrewne miejscówki, rozglądają się za własnym lokalem, przymierzają kosztorysowo.
Ale kiedy po około miesiącu W. dzwoni wieczorem do M. i mówi:
- A może jednak teatr?
M. odpowiada bez zastanowienia:

- Masz rację. Teatr.  

Jan 3, 2015

KSIĘGOWOŚĆ KREATYWNA



Kolejne zderzenie z meandrami Księgowości Stosowanej. Połowy rzeczy nie rozumiem, a druga natychmiast ucieka z mojej pamięci. Mózg broni się rękami i nogami, a raczej dendrytami i neurytami, przed nasączeniem wiedzą biznesowo-księgową, a ja przyglądam się temu bezradnie.
Spółka cywilna czy z o.o.? Fundacja czy stowarzyszenie? VAT-owska czy nie? Podatek liniowy czy progresywny? Kapitał założycielski jak najmniejszy czy jak największy? Z kasą czy bez kasy?

Najgorsze, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te pytania; wszystko “zależy”, jest “uwarunkowane” i “z jednej strony”, “a z drugiej”…

Nadal nie wiemy rzeczy najważniejszej - dlaczego prywatne teatry na ogół zakładają fundacje… To znaczy mamy jakieś wyobrażenie na ten temat, ale to tylko zgadywanki.


Ciekawostką dzisiejszego spotkania jest to, że księgowa, której się radziłyśmy, osoba, która pół życia przepracowała w Urzędzie Skarbowym i, jak sama wyznała, zajmowała się tam “szukaniem dziury w całym”, ta księgowa obecnie prowadzi księgowość na… umowy o dzieło! Nawet jeśli to bardzo kreatywna księgowość, to wydaje mi się to grubym naciąganiem przepisów - pamiętam z mojej pracy w reklamie, jak panie ze Skarbówki zawsze czepiały się moich umów o dzieło, gdy pracowałam jako tzw. kreatywny, wymyślając scenariusze reklam i pisząc teksty reklamowe. No, nic. Kto powiedział, że będzie z górki?

Dec 31, 2014

STAJENKA NIELICHA



Za trzy godziny z kawałkiem skończy się 2014. Oby był to rok, w którym narodził się świetny pomysł!… Wróżby są dobre i gwiazdy sprzyjają - dzisiejsze negocjacje w Soho były bardzo pozytywne; oby tylko nie zapeszyć!

Chyba nie mogę tu pisać o cenach i warunkach, strictly confidential, powiem tylko, że gdy się chce wynająć fajne miejsce, to trzeba się liczyć - czego nauczyłyśmy się dopiero niedawno - z tym, że podane sumy są zwykle netto, więc dochodzi 23% VAT, są jeszcze opłaty za części wspólne (tu współczynniki różnią się bardzo), opłaty eksploatacyjne i media. Tak że jeśli w ogłoszeniu jest napisane na przykład 7000 miesięcznie to do zapłacenia jest duuuużo więcej. 

Początkowo miałyśmy nadzieję, że wynajmiemy jakąś super miejscówkę od miasta - w Warszawie jest dużo lokali użytkowych “w konkursie” i “poza konkursem” (czyli takich, których nikt nie chciał w 2-3 kolejnych konkursach ofert). Ale bardzo niewiele z nich, jak się okazało, ma odpowiednio dużą powierzchnię - dla nas 120 m2  to minimum. A kiedy już takie znalazłyśmy - na Pradze - to okazały się w tak kiepskim stanie, że ich remont pochłonąłby miesiące i setki tysięcy. 
Poniżej jako ilustracja sufit w jednym z nich - a sufit nie był wcale najgorszym punktem programu… 



Och, na pewno da się od miasta wynająć jakieś wyjątkowe miejsce, ale do tego to trzeba mieć albo dużo szczęścia, albo czasu, albo znajomości w ZGNach (Zakłady Gospodarowania Nieruchomościami - dla niezorientowanych) - a najlepiej wszystko na raz. My zdecydowałyśmy się poszukać na wolnym rynku, a raczej szukałyśmy równolegle, aż w końcu miejskie opcje odpadły późną jesienią jak uschłe liście.

Co jakiś czas miasto wspiera wprawdzie działalność artystyczną, oferując lokale na tego typu cele na preferencyjnych warunkach. Na przykład jesienią ZGN Praga Południe prowadził akcję “artystyczny Skaryszewski”, ale nic tam dla nas nie było - same maleństwa, często na piętrze. Teraz Śródmieście prowadzi podobną akcję - lokale z przeznaczeniem na pracownie i te pe - ale ten sam problem; żaden nie jest większy niż 50 parę metrów. A jeśli do tego chciałoby się mieć miejsce “z charakterem”, to już zupełny klops.


W nadchodzącym Nowym Roku życzę więc Niewielkiemu wielkiego szczęścia w postaci znalezienia sympatycznej stajenki, w której będzie mógł przyjść na świat! 

Dec 29, 2014

TO MASZ, BRACIE, PROBLEM


Po świątecznej przerwie:
Pisanie scenariuszy - z jednej strony bardziej satysfakcjonujące, niż się obawiałam, z drugiej strony - mniej. Która strona która? 
Bardziej satysfakcjonująca jest ilość pomysłów, jakie przychodzą do głowy. Moje żółte kartki notatek ciągle zapełniają się nowymi. Ale potem, w czasie pisania konkretnego skryptu, nadchodzi zderzenie z rzeczywistością. A rzeczywistość to te wszystkie ograniczenia, jakie z konieczności są materią Teatru tak Niewielkiego: ilość aktorów (maksimum 2), ilość pracowników technicznych (maksimum 0, chyba że zrezygnujemy z jednego aktora), ilość rekwizytów i scenografia - bardzo ograniczone (do 6 tys. na premierę).  I tak dalej, i tym podobne. Żadnych “efektów specjalnych”, gry świateł, tylnych projekcji. Co chwila potykam się o jakiś problem techniczny i moje skrypty upstrzone są znakami zapytania. To nieco wkurzające.

Kot:
- To strasznie wkurzające!
Pan Kartofel:
- Wkurzające?… Ale ja jestem uczulony na kurz!
Kot:
- A ja na kocią sierść.
Pan Kartofel:
- To masz, bracie, problem.



















Pan Kartofel został narysowany przez sławnego rysowacza - Mr. Ernesta Gozalesa

Dec 22, 2014

TYGRYS DLA OWIECZEK

Pytania:
Narracja?… Żywa? Nagrana?… Dialogi?… Słowa, słówka, słóweczka?… 
Czy jednak cisza?
Ale kto powiedział, że jak dla maluchów, to przekaz pozawerbalny? Przecież ze słowami spotykają się jeszcze w łonie matki.
Może dlatego, że w ten sposób łatwiej udawać, że to przekaz artystyczny, a nie infantylny bełkot? Że jesteśmy w świecie domysłu, symbolu, znaku, gdy tymczasem słowa są tak jednoznaczne, a w tym wypadku jednoznacznie dziecinne, że iluzja “ukrytych głębi” pęka. Chyba że słowa to byłaby poezja - ale oczywiście nie wierszyki pan kotek był chory i leżał w łóżeczku, ani nawet repertuar znacznie ambitniejszy typu stoi na stacji lokomotywa. 
Keats, Browning, Eliot, no, ewentualnie Herbert czy Szymborska… I tu pewna trudność - nie będziemy przecież wystawiać “Ziemi jałowej” dla dwulatków?… A może jednak?
Zaraz, zaraz, to może być mniej idiotyczne niż zdaje się na pierwszy rzut oka! Skoro u tak małych dzieci percepcja przebiega zupełnie innymi ścieżkami niż u dzieci starszych i u dorosłych - na co powołują się w swoich manifestach wszyscy co ambitniejsi twórcy Early Years Theatre - to może z Williama Blake’a zrozumiałyby… nie, “zrozumiałyby” to złe, dorosłe słowo, faworyzujące percepcję rozumową… nie zrozumiałyby więc, ale jakimiś dziwnymi kanałami, na niedostępnym nam poziomie “zasymilowałyby” Blake’a.
Bo, jak pisze piewca dziecięcej wrażliwości, Exupery, to dorośli tak naprawdę nic nie rozumieją. Co zgadza się z naszą wiedzą na temat kolosalnych ograniczeń, jakie serwuje nam nasz mózg przetwarzający tylko wąziusieńkie pasmo danych, na dodatek zniekształcający je dla naszej wygody i uciechy.
Nie zaliczam się do tych, którzy twierdzą, że dzieci są od nas mądrzejsze, że widzą i czują więcej, ale na pewno są widzą i czują całkiem coś innego, zanim drogą treningu nauczą się powielać nasze zertojedynkowe algorytmy myślenia i działania. Procesy zachodzące w ich głowach są dla nas zupełnie niepojęte - mimo iż każdy z nas dzieckiem był (zakładam). Dlatego wypracowanie przekazu, który byłby dla nich a. ciekawy, b. rozwijający nie jest wcale proste. Nawet metoda prób i błędów działa nie zawsze i nie do końca, bo być może im bardziej zbliżamy się w stronę tego, co a. im się podoba, tym bardziej oddalamy się od tego, co może być dla nich b. rozwijające?… Wiadomo na przykład, że najmłodsze dzieci uwielbiają powtórzenia - ale czy dzięki powtórzeniom, w kółko i w kółko, rozwijają wyobraźnię? Chyba nie. Raczej próbują sobie wmówić, że w tym przedziwnym jarmarku nowości, jakim jest dla nich świat, są punkty stałe, kontrolowalne i przez to bezpieczne.
Ale dość tego amatorskiego psychologizowania. Wróćmy do twórców teatru skierowanego do raczkujących widzów. Mam czasem lekkie podejrzenie, że kiedy wciąż powołują się na różnice percepcyjne między dziećmi a dorosłymi, to w pewnym stopniu zapewniają sobie rozgrzeszenie z błędów nudy, banalności czy pseudo-artystyczności. Bo czy nie brzmi to jak wygodne usprawiedliwienie; wam, rodzicom, to może się i nie podoba, ale dzieci widzą i czują całkiem inaczej?… Dość szeroka to furtka, przez którą niejedną chałę da się wepchnąć. 

“…To próba zanurzenia się w dziecięcej wyobraźni - chęć zrozumienia tego nieuchwytnego, a zarazem prawdziwego sposobu postrzegania świata, który zdaje się być zarezerwowany tylko dla najmłodszych. Spektakl tworzą obrazy, muzyka, rytm i gest - słowa schodzą tu na dalszy plan. (…) to rozmowa za pomocą zmysłów i emocji. To wzajemne słuchanie i obserwowanie. Nie chodzi tu o racjonalne rozumienie, ale raczej o doświadczanie i przeżywanie piękna, o inicjację do krainy wrażliwości, o udział w nowej rzeczywistości - takiej, która różni się od tej oglądanej na co dzień. Dzieci są współtwórcami spektaklu - obserwują przedmioty we wzajemnych relacjach, w relacji do siebie samych. Słuchają dźwięków jakimi komunikują się te przedmioty i jak opowiadają historie.”
Haneczka zapytana po spektaklu: “Fajne było?”, odpowiedziała “Nie”. Podobały jej się tylko ustrojstwo, jakie można dostać w każdym sklepie z zabawkami, czyli maszynka do produkowania dużej ilości baniek mydlanych. Może więc jednak Tyger, tyger, burning bright?


(5-ty odcinek realistycznej powieści grozy, pt. “Jak nie zakładać teatru”)

ŚNIŁ MI SIĘ SŁUP



A właściwie nie jeden. Dużo, dużo słupów. Las słupów. Słupowisko. 
Wszystkich domorosłych Freudów muszę od razu rozczarować - żaden to symbol falliczny. To odbicie moich dziennych, architektonicznych frustracji i prostracji: co jakieś przyzwoite miejsce znajdziemy wielkości odpowiednio zamaszystej - to tam stoi… słup! Na środku albo lekko z boczku, chudszy albo opasły, jeden albo kilka. Podpierają sufit, przekonane, że bez nich świat by się zawalił.

Osobiście nic przeciwko słupom nie mam. Można nawet powiedzieć, że je lubię. Ale w tym wypadku to zawalidrogi absolutne, dyskwalifikujące podtrzymywane wnętrze swoją nachalną słupowatością. 


O salo nadobna bez słupa, gdzie jesteś?


(4-ci odcinek realistycznej powieści grozy, pt. “Jak nie zakładać teatru”)